czwartek, 12 grudnia 2013

PARK KILLARNEY, ONTARIO - JEZIORO CARLYLE LAKE. 25 CZERWIEC-02 LIPIEC 2013 ROKU

More photos/więcej zdjęć: http://www.flickr.com/photos/jack_1962/sets/72157638619568915/

Pływanie na kanue na jeziorze Carlyle Lake


W sierpniu 2009 roku spędziłem wraz z Catherine prawie tydzień biwakując na jeziorze Johnnie Lake w parku Killarney, na przepięknym miejscu kempingowym.  W czasie naszego pobytu kilka razy wybraliśmy się na wodne przejażdżki na kanu i między innymi, odwiedziliśmy połączone długim i wąskim kanałem jezioro Carlyle Lake.  Tamtejsze miejsca kempingowe niezmiernie się nam podobały i postanowiliśmy kiedyś na którymś z nich się zatrzymać.  Cztery lata później byliśmy gotowi odwiedzić ponownie to jezioro!

Park Killarney, również zwany „Klejnotem Ontario”, jest jednym z najpiękniejszych parków w Kanadzie.  Stosunkowo dzikie tereny, malownicze jeziora i unikalne góry La Cloche Mountains, zbudowane głównie z białego kwarcytu przyciągają tysiące turystów, którzy chcą rozkoszować się naturą.  Chociaż park posiada miejsca kempingowe samochodowe, to jednak aby rzeczywiście móc poznać jego piękno, trzeba albo wybrać się z plecakiem po szlakach pieszych lub przemierzyć na kanu wodnymi trasami.  Większość szlaków wodnych, prowadzących z jeziora do jeziora, wymaga bardzo wielu portaży, niektóre nawet powyżej 4 km.   Tak więc niektórzy twierdzą, że jeżeli zamierza się pływać na kanu w Parku Killarney, to za jednym razem zalicza się dwie wycieczki: pieszą i wodną!  Na szczęście jezioro Carlyle Lake nie wymaga żadnych portaży, jest połączone z jeziorami Johnnie Lake i Crooked Lake i tym samym pozwala na odbycie kilkugodzinnych, spokojnych wycieczek na wodzie, bez potrzeby przenoszenia kanu na lądzie.

Biwak na jeziorze Carlyle Lake


Podczas naszej ostatniej wizyty w parku szczególnie rzuciły się nam w oczy dwa miejsca biwakowe; najbardziej podobało się nam miejsce pomiędzy jeziorem Terry Lake i Carlyle Lake, blisko małego wodospadu.  Miejsce po drugiej stronie jeziora, na vis-a-vis poprzedniego miejsca, również zdawało się być całkiem malownicze.  Ponieważ do parku mieliśmy przybyć we wtorek, nie spodziewaliśmy się na tych miejscach zastać nikogo.

Otrzymanie miejsca biwakowego w Parku Killarney nie jest wcale taką prostą sprawą, szczególnie podczas długiego weekendu (który właśnie nadchodził, Dzień Kanady) — nie można po prostu przyjechać, iść do biura parku i otrzymać miejsce!  Musieliśmy zrobić rezerwację już w marcu i udało się — mogliśmy rozbić biwak na jakimkolwiek wolnym miejscu na jeziorze Carlyle.  Ponieważ na każdym miejscu może przebywać do 6 osób, również zaprosiliśmy kilku znajomych, którzy mieli się do nas dołączyć w późniejszym czasie.

Na biwaku wokoło ogniska


Jak zwykle, jazda do parku z Toronto, chociaż długa (ponad 400 km.), była całkiem przyjemna.  Zatrzymaliśmy się w mieście Parry Sound, gdzie kupiliśmy parę rzeczy, bo często coś zapominamy ze sobą zabrać, i dojechaliśmy do parku przed godziną 15:00.  Najpierw musieliśmy udać się do głównego biura parku (Lake George), otrzymać pozwolenie kempingowe i parkingowe i następnie z powrotem dojechać na parking do jeziora Carlyle Lake, znajdującego się kilkadziesiąt metrów od drogi nr. 637.  Niedaleko biura parku spostrzegliśmy grupkę młodych ludzi, która właśnie przyjechała, ale nie zwróciliśmy na nich uwagi.  Podczas gdy powoli rozładowywaliśmy samochód, pojawił się mały samochodzik ciężarowy i wyładował 3 kanu… i po paru minutach pojawiła się ta grupa młodzieży, którą widzieliśmy koło biura parku!  Nie mieli zbyt dużo ekwipunku (w przeciwieństwie do nas, ale to już jest osobna historia!) i po niecałych 30 minutach byli na wodzie.  Nam zabrało przynajmniej następne pół godziny, zanim odbiliśmy od brzegu.  Parędziesiąt metrów od parkingu były całkiem fajne miejsce biwakowe — jeżeli ktoś byłby zdeterminowany biwakować bez kanu, pewnie mógłby nawet do niego dopłynąć, ale minęliśmy go i skierowaliśmy się w kierunku małego kanału po lewej stronie, wpadającego w część jeziora, gdzie znajdowały się obydwa miejsca, którymi byliśmy zainteresowani.  U wejścia do kanału było też wolne miejsce biwakowe, ale nie tak ciekawe, jak te wspomniane uprzednio 2 miejsca.  Po niecałych 30 minutach wpłynęliśmy do kanału… i miejsce, na którym chcieliśmy się rozbić, już było zajęte… właśnie przez tą niedawno spotkaną grupę młodzieży!  Szczęśliwie drugie miejsce biwakowe było wolne i na nim się zatrzymaliśmy.  Było ono rzeczywiście śliczne: położone na stromej skale, mieliśmy interesujący widok na całe jezioro oraz na stronę zachodnią (co oznaczało, że możemy podziwiać zachody słońca).  Mieliśmy trochę problemów z rozładowaniem kanu, bo przy brzegu nie było żadnej naturalnej zatoczki, ale musieliśmy sobie poradzić.  Powoli zawlekliśmy nasze liczne bagaże na szczyt skały i będąc na szczycie, roztaczał się dookoła przepiękny widok.  Byliśmy pewni, że zrobiliśmy świetną decyzję, wybierając to właśnie miejsce (i gdy w ostatnim dniu mogliśmy wreszcie zobaczyć miejsce, na którym planowaliśmy się na początku zatrzymać, okazało się, że nasze było o wiele lepsze i ciekawsze).

Widok z naszego miejsca biwakowego na zachód słońca i jezioro Carlyle Lake


Podczas gdy zająłem się rozbiciem namiotu, Catherine przytargała wszystkie pozostałe rzeczy z kanu i zorganizowała kuchnię.  Po niedługim czasie siedzieliśmy na szczycie skały, pijąc zimne piwo i obserwowaliśmy zachodzące słońce.  Chciałem powiesić jedzenie na drzewie na noc, ale Catherine jak zwykle nie miała zamiaru się fatygować i ufała, że ani niedźwiedź, ani żadne inne zwierzę nie będzie zainteresowane naszą żywnością (i na szczęście miała tym razem rację).  Chociaż był już koniec czerwca, przez pierwsze dwa dni zostaliśmy pokąsani przez czarną muchę (meszki), po paru dniach zrobiło się gorąco i meszki wyginęły.  Musieliśmy jednak zaakceptować obecność komarów.  Również ustawiliśmy tanią altankę, mającą chronić nas od deszczu i komarów.  Gdy jednak było wietrznie, altanka skręcała się na lewo i prawo tak bardzo, że przebywanie koło niej było pewnie bardziej ryzykowne, niż bycie pokąsanym przez insekty.  Również przymocowałem do niej dużą flagę kanadyjską na cześć Dnia Kanady.

Na kanu na jeziorach Carlyle i Johnnie Lakes.  Wszędzie potężne
żeremia bobrowe, niektóre zamieszkałe przez wydry


Dwudziestego siódmego czerwca 2013 roku popłynęliśmy z powrotem do parkingu, przytwierdziliśmy kanu łańcuchem do drzewa i samochodem pojechaliśmy do malowniczego miasteczka Killarney, gdzie tradycyjnie zjedliśmy porcję świeżych smażonych ryb i frytek w restauracji Herbert Fisheries i kupiliśmy zimne piwo w pobliskim sklepie LCBO.  Również pojechaliśmy do parkingu koło ujścia rzeki Chikanishing, gdzie Catherine przeszła się po szlaku Chikanishing: w ostatnich latach wielokrotnie odwiedzaliśmy to miejsce, które stanowiło dla nas początek wycieczek dookoła wyspy Philip Edward Island, ale nigdy nie mieliśmy czasu przejść się po tym malowniczym szlaku.  Również wysłaliśmy telefonem komórkowym wiadomości dla naszych znajomych, informując ich, na którym miejscu biwakowym przebywamy (w parku generalnie nie ma możliwości używania telefonów komórkowych).  Była godzina 20:00 gdy udaliśmy się z powrotem do parkingu, zwodowaliśmy kanu (nikt go nie ruszył!) i w drodze do naszego miejsca, przepłynęliśmy dookoła sporej wyspy, znajdującej się koło wejścia do kanału.

Ian i Sue koło małego wodospadu pomiędzy jeziorami Carlyle Lake
i Terry Lake


W piątek przybyli nasi znajomi, Ian i Sue, wraz ze swoim pieskiem Miro.  Wieczorem ugotowałem śląski żurek z polską kiełbasą, który wszystkim bardzo smakował.  Następnego dnia pojawili się Joe i Andrea.  Ponieważ pogoda była wspaniała, wszyscy wybraliśmy się na parugodzinną wycieczkę przez wąski kanał na jezioro Johnnie Lake, gdzie widzieliśmy kilka żeremi bobrowych — pamiętam, że w 2009 roku jedna z tych żeremi była zamieszkała przez rodzinę wydr, które stały się niezmiernie poruszone naszą obecnością i zaczęły wydawać różne odgłosy, pewnie w celu odstraszenia nas.  Następnego dnia, gdy Ian i Sue odjechali, Catherine, Andrea i Joe zdecydowali się popłynąć na jezioro Kakakise Lake; ponieważ ta wycieczka wymagała ok. 900-metrowego portażu, odpuściłem sobie w niej udział.  Jak się okazało, portaż był wyboisty i trudny, wszyscy zostali pokąsani przez komary i gdy płynęli na jeziorze Kakakise Lake z powrotem do biwaku, pogubili się i mieli trudności ze znalezieniem portażu!  Oczywiście, nikt nie pomyślał o zabraniu ze sobą GPS-u — ja nigdy się z nim nie rozstaję!

Miasteczko Killarney, widok na słynną restauracje Herbert Fisheries


Andrea i Joe odjechali 1 lipca, w Dzień Kanady i znowu zostaliśmy sami.  Codziennie pływaliśmy na jeziorze, jak też raz jeszcze pojechaliśmy do miasta Killarney.  To małe miasteczko ma swój specyficzny urok, szczególnie wieczorem, gdy zachodzi słońce, powoli zamykają się biznesy i ulice stają się puste.  Poszliśmy do jedynego sklepu w mieście, Pitfield’s General Store, a potem do Killarney Mountain Lodge.  Stojąc na brzegu kanału (pomiędzy miastem Killarney a wyspą George Island), daleko mogłem dostrzec zarysy wysp Foxes, znajdujące się na południe od wyspy Philip Edward Island.  W 2011 r. przez kilka dni biwakowaliśmy na tej unikalnej wyspie i byłem pewien, że to właśnie ta wyspa, na którą spoglądałem.  Niektórzy kanuiści (ale głównie kajakarze) wyruszają na wyspy Foxes z miasteczka Killarney, jednakże taka trasa wymaga płynięcia kompletnie otwartymi i niczym nieosłoniętymi wodami zatoki Georgian Bay… jak też jest o wiele nudniejsza, niż płynięcie z parkingu koło rzeki Chikanishing  River.  Po zachodzie słońca minęliśmy małe lotnisko i zatrzymaliśmy się niedaleko malowniczej latarni morskiej.  Jadąc z powrotem, wpadliśmy na moment na miejscowe wysypisko śmieci, ale było zamknięte i nie widzieliśmy żadnych niedźwiedzi.  Gdy przyjechaliśmy do parkingu na jeziorze Carlyle Lake, było już ciemno.  Założyliśmy na głowy latarki i po kilkunastu minutach wiosłowaliśmy na jeziorze w kompletnych ciemnościach, dopływając do naszego miejsca po godzinie 22:00.

Spakowani i gotowi udać się w drogę powrotną!


Ostatniego dnia po spakowaniu się popłynęliśmy wreszcie do miejsca biwakowego, które od początku sobie upatrzyliśmy.  Jego ‘oryginalni’ mieszkańcy wyjechali parę dni temu, ale już pojawili się nowi, trzech młodych chłopaków, którzy pozwolili nam je obejrzeć.  Catherine definitywnie stwierdziła, że nasze miejsce jest o wiele lepsze, bo na tamtym nie można obserwować zachodów słońca i właściwie nie widzi się z niego przyległego małego wodospadu—my natomiast z naszego miejsca mogliśmy widzieć i słyszeć wodospad, jak też nawet widzieć część tafli jeziora Terry Lake, z którego wypływały wodospady.

Przed wyruszeniem w drogę powrotną, pojechaliśmy jeszcze do parku wykąpać się, a potem wstąpiliśmy do naszej ulubionej restauracji The Hungry Bear; posileni, po kilku godzinach szczęśliwie dotarliśmy do Toronto.

czwartek, 24 października 2013

PARK ALGONQUIN, ONTARIO—BARTLETT LAKE, MAJ 2013 ROKU. POKONANI PRZEZ CZARNĄ MUCHĘ (MESZKI)!




Od P-Store do naszego biwaku na jeziorze Bartlett Lake
Parodniowa wycieczka do Parku Algonquin w maju ma wiele dobrych stron: park jest stosunkowo pusty, można bez problemu wybrać najlepsze miejsca biwakowe, jak też zobaczyć bardzo dużo łosi, które w tym miesiącu dostojnie przechadzają się po drodze nr. 60, przechodzącej przez park, brodząc w wodzie lub w szuwarach i bagnach.  W 2007 r. oraz dwa lata później (już z Catherine) odwiedziliśmy jezioro Bartlett Lake, połączone z jeziorem Tom Thomson Lake małym kanałem i bardzo spodobała się nam jego zaciszna lokacja, totez zamierzaliśmy tam się zatrzymać.  Na jego brzegach znajdowały się 4 miejsca biwakowe i mieliśmy nadzieję rozbić namiot w miejscu znadjującym się na vis-a-vis wejścia do kanału z jeziora Tom Thompson Lake—pamiętaliśmy, że było ono fajne, pozwalające nam też obserwować zachody słońca.  Planowaliśmy spędzić na nim na 4 noce i codziennie pływać po przyległych jeziorach, starając się obserwować łosie i robić im zdjęcia.

Gotowi to wyruszenia!
Trzydziestego maja 2013 r. opuściliśmy Toronto i po południu dotarliśmy do „Canoe Lake Access Point” na jeziorze Canoe Lake w Parku Algonquin, nieopodal znanego sklepu „The Portage Store”.  Jak się spodziewaliśmy, było bardzo mało turystów, a jeszcze mniej wodniaków, dookoła panowała cisza.  Skierowaliśmy się ku jedynemu portażowi w czasie tej wycieczki, koło tamy na jeziorze Joe Lake.  Minęliśmy kilku kajakarzy oraz kopiec Toma Thomsona, zwróconym w kierunku miejca, gdzie ten słynny malarz utopił się w 1917 r.  Portaż ma prawie 300 m. długości, lecz ostatnim razem Catherine znalazła skrót—po prostu zamiast dopłynąć do ‘tradycyjnego’ brzegu, gdzie wszyscy rozładowywali kanu i rozpoczynali portaż, popłynęła dalej do tamy i znalazła ścieżkę, znacznie w ten sposób skracając jego długość—i tym razem poziom wody pozwolił nam wykorzystać ten skrót.  Chociaż staraliśmy się zabrać ze sobą jak najmniej rzeczy, i tak musieliśmy się przejść parę razy w tą i z powrotem, przenosząc stopniowo nasze rzeczy oraz na końcu samo kanu.  W przeciwieństwie do poprzednich lat, gdy ścieżka portażu przypominała ruchliwą ulicę, zawaloną ludźmi noszącymi kanu którzy prawie-że mieli problemy z wymijaniem się (i ktoś nawet sugerował zamontowanie znaków drogowych i sygnalizacji świetlnej), tym razem nie widzieliśmy żywego ducha.  Po zapakowaniu kanu przepłynęliśmy pod starym mostem kolejowym (był on częścią słynnej linii kolejowej Booth Railway, przechodzącej dawno temu przez park, którą głównie transportowano wycięte drzewa i swego czasu była to najruchliwsza linia kolejowa w Kanadzie, co 20 minut jechał nią pociąg).  Wreszcie dotarliśmy do tamy bobrowej która świetnie pamiętaliśmy z poprzednich wycieczek.  Gdy do niej po raz pierwszy dopłynąłem na kanu w 2007 r., nie byłem pewien, w jaki sposób przez nią przebrnąć—mimo że wygładałą całkiem solidnie, nie miałem pojęcia, czy zdoła utrzymać nas i kanu.  Po paru minutach pojawiło się kanu z kilkoma doświadczonymi kanuistami, którzy rozproszyli nasze obawy:
Zaraz za tamą bobrów pojawił się łoś

-- Ta tama była tutaj przez wieki – powiedzieli – i bez problemu udźwignie słonia!

Dlatego tym razem szybko przenieśliśmy canoe przez tamę, która okazała się o wiele mniej solidna, niż w poprzednich latach, a w jej środku znajdował się dość spory otwór przez który z łatwością przeciągnęliśmy kanu.  Pare minut po pokonaniu tej przeszkody zobaczyliśmy piewszego łosia, jak spacerował blisko brzegu w płytkiej wodzie.  Odpedzając meszki i komary, udało mi się zrobić kilka zdjęć.

Na naszym biwaku przy ognisku
Niebawem dopłynęliśmy do jeziora Bartlett Lake, nazwanego na pamiątke jednego z byłych dyrektorów parku.  Jak było do przewidzenia, wszystkie miejsca biwakowe były wolne i mogliśmy bez problemu wybrać najlepsze z nich.  Gdy tylko wyszliśmy z kanu, momentalnie zostaliśmy zaatakowani przez roje czarnych muszek (meszek).  Założyliśmy na siebie siatki ochronne i szybciutku rozbiłem namiot.  Jak się okazało, atak meszek był dzielnie wspomagany przez bardzo aktywną chmarę niezmiernie głodnych komarów!  Nazbierałem drzewa i rozpaliłem ognisko, mając nadzieję, że gęsty dym odpędzi te nieznośne stworzenia, ale w gruncie rzeczy to MY się bardziej tym dymem dusiliśmy niż one—cały czas byliśmy przez nie kąsani: nie pomagał gęsty dym, siatki na niewiele się zdały, sprej z zawartością środka ‘Deet’ jakoś na meszki zbyt efektywnie nie działał, a do tego wilgotna i gorąca pogoda była wymarzona dla tych insektów!  Spożywanie posiłku przy ognisku, okazało się niezmiernie irytujące, toteż szybko uciekliśmy do namiotu, który przynajmniej zapewniał nam ochrone od tego towarzystwa.

Trafiło się nam przepiękne miejsce
Ponieważ łosie najłatwiej jest zobaczyć z rana, nastawiliśmy budzik na godzinę 5:00 rano i planowaliśmy odwiedzić parę zatoczek i pobliskich bagien.  Niestety, gdy rozległ się alarm okazało się, że na zewnątrz mocno pada... i poszliśmy z powrotem spać.  Catherine wstała o godzinie 9:00 rano i poszła do kanu, aby wziać kilka rzeczy.  Dopiero po jakimś czasie usłyszała pluskania—odwróciła się i spostrzegła w zatoczce nieopodal naszego miejsca trzy łosie, które się jej jakiś czas z ciekawością przygłądały!  Zawołała mnie, ale zanim doszedłem, ogromna łosica, wraz z dwójka dzieci, zniknęła w lesie.  Po jakims czasie cała ta rodzina pojawiła się naprzeciwko zatoczki, brodząc w wodzie na przeciwległym brzegu.

Ogólnie cały dzień było słońce i chmury oraz bardzo wilgotno.  Pod wieczór postanowiliśmy popływać trochę na kanu na jeziorze Bartlett Lake.  Udaliśmy się do zatoczki w północno-zachodniej częście jezira, gdzie natknęliśmy się na żeremię bobrowe, potem skierowaliśmy się do początku portażu, prowadzącego do jeziora Willow Lake (pokonałem go w 2007 r.).  Gdy tak sobie beztrosko pływaliśmy, na niebie pojawiła się błyskawica, a potem następna.  Chociaż nie padało, natychmiast skierowałem się w stronę naszego biwaku, co okazało się opatrznościową decyzją: w przeciągu bardzo krótkiego czasu niebo się zachmurzyło, widzieliśmy nie tylko błyskawice, ale już dochodziły do nas grzmoty burzy.  Wiosłowaliśmy tak mocno, jak rzadko kiedy, osiągając szybkość do 8 km/h. 
Krótka wycieczka na kanu po jeziorze Bartlett Lake, przerwana przez burzę
Gdy kanu dotarło do biwaku, spadły piersze krople deszczu i po paru minutach rozpętała się straszna burza z piorunami i błyskawicami, zaczęło rzęsiście lać, a do tego jeszcze przyplątał się bardzo silny wiatr.  Catherine, zamiast od razu schować się do namiotu, chciała jeszcze coś przynieść z kanu—ta może dwuminotowa zwłoka wystarczyła, aby kompletnie przemokła.  Po godzinie burza ucichła.  Pomimo deszczu i negatywnych przewidywań Catherine, udało mi się rozpalić ognisko, które przy okazji dawało ogromne ilości dymu; przynajmniej mogliśmy upiec na grillu nasze steki.  Cały czas byliśmy atakowani przez meszki i komary, którym najwyraźniej taka wilgotna pogoda niezmiernie odpowiadała!  Gdy tylko skończyliśmy posiłek, udaliśmy się do namiotu.  Mokrzy, zimni i coraz bardziej odczuwający pogryzienia meszek, które teraz dopiero zaczęły dawać o sobie znać w postaci strasznego swędzenia, postanowiliśmy skrócić naszą wycieczkę i opuścić park o poranku.

Tym razem o godzinie 5:00 rano nie padało—gdy jednak wyszliśmy z namiotu, zostaliśmy ponownie niemiłosiernie zaatakowani przez zastępy komarów i muszek meszek.  Ów stworzenia były tak uciążliwe, że spakowaliśmy się w rekordowym czasie (ba, Catherine nawet nie przygotowała kawy, którą co rano zaparza) i w ciągu niecałej godziny byliśmy na wodzie, gdzie przynajmniej byliśmy bezpieczni od ich napaści.

W drodze powrotnej
Wiosłując po jeziorze Tom Thomson lake, tu i tam zauważyliśmy kilka namiotów i hamaków, ale wszyscy ich mieszkańcy prawdopodobnie spali, a dookoła panowała kompletna cisza, czasem jedynie przerywana przez ćwierkanie ptaków i głośnym stukaniem dzięciołów.  Również zauważyliśmy w lesie kilka łosi, ale zniknęły, zanim mogłem im zrobić zdjęcie.  Przed dotarciem do portażu zaczęło lekko podać i musieliśmy nałożyć ubrania nieprzemakalne, ale przynajmniej cały czas było ciepło.  Szybko przenieśliśmy nasze rzeczy i kanu—i tym razem na portażu nikogo nie było—i w ciągu godziny dopłynęliśmy do przystani koło „The Portage Store”, gdzie nawet otrzymaliśmy częściowy zwrot pieniędzy na niewykorzystane dwie noce.


Koło tamy bobrów
Po drodze wpadliśmy do lokalnych sklepów i restauracji; powiedziano nam, że rok 2013 jest jednym z najgorszych w ciągu ostatnich 7-10 lat jeżeli chodzi o aktywność much meszek, zresztą widzieliśmy sporo miejscowych ludzi z okropnymi śladami pokąsania przez meszki.  Śmieszne, ale niektórzy boją się tego rodzaju biwaków z powodu niedźwiedzi, węży, wilków czy też innych większych stworzonek—ale jak się okazało, po prostu można być kompletnie pokonanym przez czarną muchę meszkę!



czwartek, 19 września 2013

Tydzień w Guardalavaca, Kuba, 4-14 Styczeń 2013 r.

Blog in English/po angielsku: http://ontario-nature.blogspot.ca/2013/09/one-week-in-guardalavaca-cuba-january-4.html
Więcje zdjęć z tej wycieczki: http://www.flickr.com/photos/jack_1962/sets/72157635667940386/



Mapa ośrodka Club Amigo Guardalavaca

O resortach w okolicach Guardalavaca słyszeliśmy tak wiele, że w końcu zdecydowaliśmy się tam udać, tym bardziej, że nigdy nie zawitaliśmy do tego regionu Kuby.  Parę miesięcy przed wyjazdem spędziłem ponad 10 godzin na Internecie, starając się uzyskać jak najwięcej informacji — szczególnie użyteczną stroną okazał się TripAdvisor (www.tripadvisor.com).  Dyskusje na forach, jak też tysiące recenzji na temat hotelów i innych atrakcji turystycznych pozwoliły nam wybrać nie tylko najlepszy ośrodek, ale nawet najbardziej optymalny pokój, jak też przygotować się do kilku atrakcyjnych wypadów w okolice.  Ostatecznie wybór padł na ośrodek Club Amigo Guardalavaca — i 4 stycznia 2013 r., po bezproblemowym czterogodzinnym locie z Toronto liniami CanJet wylądowaliśmy wieczorem na ziemi kubańskiej w mieście Holguin.  Po szybkiej odprawie celnej od razu udałem się do sekcji odlotów (stosownie do porady na TripAdvisor), aby wymienić bez kolejki kanadyjskie dolary na kubańskie peso (CUC) — i rzeczywiście, tylko ja sam byłem przy okienku.  Kurs walutowy był doskonały i za $100 otrzymałem 97 peso.  Na lotnisku można było nabyć puszkę piwa za 2 peso — drogo, bo normalnie można go kupić za połowę ceny.  Jako środek płatniczy akceptowano też kanadyjską walutę i nawet monety ‘loonies’ i ‘toonies’ (jedno i dwu dolarówki); w hotelu kilka razy pracownicy ośrodka prosili nas, abyśmy wymienili im loonies i toonies na kanadyjską walutę papierową albo nawet na peso.


Widok z okna naszej Villa nr. 8213

Przed budynkiem lotniska czekało kilkanaście autobusów — jak się okazało, nie zmieściliśmy się na pierwszy autobus i w rezultacie dojechaliśmy do ośrodka bardzo późno, po wielokrotnych zatrzymywaniach się w różnych innych ośrodkach, do których zmierzali turyści.  Niemniej jednak nie ma złego, co by na dobre nie wyszło, bo gdy wreszcie przybyliśmy do hotelu, wszyscy wcześniej przybyli turyści byli już rozlokowani w swoich pokojach i nie musieliśmy czekać w kolejce.  Ponieważ wykupiliśmy pokój w sekcji ‘Villa” (znowu dzięki rekomendacjom udzielonym na TripAdvisor), elektrycznym samochodzikiem dojechaliśmy do Villa i otrzymaliśmy pokój nr. 9107 na parterze (a nie na pierwszym piętrze).  Catherine była bardzo z niego niezadowolona, ponieważ był ciemny, trochę zatęchły i nie miał balkonu.  Niestety, ale wszystkie pozostałe pokoje w Villas były zajęte przez turystów, którzy przyjechali celebrować na Kubie Nowy Rok i musieliśmy w nim spędzić przynajmniej pierwszą noc.

Resort Club Amigo Atlantico przypomina małe miasteczko (a wraz z przyległym ośrodkiem Brisas, nawet większe miasteczko!).  Ogólnie wszędzie było czysto (pomimo kilku recenzji zamieszczonych na TripAdvisor, które twierdziły inaczej), było bardzo mało śladów, że tak niedawno przez ten ośrodek przeszedł huragan Sandy i narobił sporo szkód (wiem, że pracownicy hotelu stanęli na głowie, aby jak najszybciej usunąć wszelkie uszkodzenia).  Obsługa była miła, pokojówka codziennie bardzo dokładnie sprzątała pokój i nigdy żaden pracownik nie prosił nas lub wręcz domagał się napiwków lub prezentów.  Pokojówce zostawialiśmy codziennie 1 peso i w dniu odjazdu daliśmy jej kilka dodatkowych drobiazgów, jak też zostawialiśmy po 1-3 peso w restauracjach.  Nie wszyscy turyści byli z poza Kuby — w ośrodku przebywało też trochę Kubańczyków (o ile się nie mylę, nie płacą oni tyle, co turyści z poza Kuby), jak też widzieliśmy kilka Kubańczyków na plaży (jest publiczna) i spacerujących na terenie ośrodka.  Zresztą i my używaliśmy parę razy plażę należącą do hotelu Brisas; gdy jednak chcieliśmy zwiedzić sam ośrodek, od razu pojawił się strażnik mówiąc, że ponieważ jesteśmy z ośrodka Club Amigo (nosiliśmy na rękach niebieskie opaski), nie mamy wstępu na teren Brisas.


Sekcja tzw. "Baraków", najmniej atrakcyjna, ale też i najtańsza

Następnego dnia rano spotkaliśmy parę Włochów, którzy przyjeżdżają na wakacje do tego ośrodka dwa razy do roku.  Poradzili nam, abyśmy porozmawiali z Barbarą, koordynatorką wycieczek w hotelowym lobby, na temat zmiany pokoju.  Podczas gdy ja udałem się na ‘orientację’ dla nowo przybyłych turystów (okazała się kompletnie bezużyteczna), Catherine skontaktowała się z Barbarą; po wykonaniu przez nią kilku telefonów i porozumieniu się z właściwymi osobami, otrzymaliśmy nowy pokój w Villa na pierwszym piętrze (nr. 8213): posiadał dużą łazienkę z prysznicem, dwa podwójne łóżka, telewizor, małą lodówkę, klimatyzację — jak też balkon, z którego roztaczał się przepiękny widok na ocean i na którym spędzaliśmy bardzo dużo czasu delektując się kubańskim rumem i wsłuchując się w szum fal.  Poza kilkoma małymi ćmami i konikiem polnym, nie zauważyliśmy w pokoju żadnych innych insektów (pomimo, że drzwi balkonu były zazwyczaj otwarte).  Pewnego poranka na balustradzie balkonu usiadł czarny ptak i zaczął niezmiernie głośno ćwierkać, aż wreszcie wfrunął do naszego pokoju, budząc nas.


Restauracja "Benny More", w której zawsze spożywaliśmy śniadania

W ośrodku było wiele restauracji i planowaliśmy każdą z nich odwiedzić przynajmniej raz.  Bardzo polubiliśmy restaurację “Benny More”, gdzie jedliśmy prawie codziennie śniadanie (i raz obiad z homarów, za który trzeba było dodatkowo zapłacić).  Pomimo, że często musieliśmy dość długo czekać, bardzo nam wszystko w niej smakowało (uwielbiałem jogurt, miał idealnie taki sam smak, jak jogurt który spożywałem w Bułgarii w połowie lat siedemdziesiątych).  Największą atrakcją tej restauracji był widok na ocean i jej lokacja na wolnym powietrzu.  Jedząc śniadanie, obserwowaliśmy na horyzoncie ogromne statki wycieczkowe, będące pewnie już poza wodami terytorialnymi Kuby.


Wiedziałem, do której restauracji przyjdziemy na kolację!


Wyśmienite smażone krewetki i doskonały pieczony prosiak
 Parę razy poszliśmy na lunch do restauracji “1720” (w sekcji parterowych domków ‘bungalow’), posiadającej szwedzki bufet.  Jedzenie było wyśmienite; raz serwowano pieczonego nad ogniskiem świniaka, innego dnia zjadłem parę talerzy przepysznych smażonych krewetek.  Wybraliśmy się też do restauracji wegetariańskiej.  Znajdowała się ona w starej sekcji ośrodka, tzw. baraków, zaraz koło prostokątnego basenu (tak, tego samego, w którym Fidel Castro pływał, gdy przybył na otwarcie hotelu w połowie lat siedemdziesiątych — krążą pogłoski, że jakoby uświęcona przez niego w basenie woda nie była od tamtego czasu zmieniana...), gdzie akurat mogliśmy oglądać pokaz baletu wodnego.  Balet był interesujący — ale nie można było tego powiedzieć o naszym obiedzie, bo okazał się on okropny — bardzo słony, nieapetyczny i ledwie jadalny — a do tego NIE wegeteriański!  Składał się z puszkowanego jedzenia, m. in. niesmacznych krewetek, co raczej nie zaliczało go do posiłków wegetariańskich.  Parę dni później, gdy czekaliśmy na autobus na lotnisko, jedna z turystek powiedziała, że wraz z rodziną zamierzała zrobić rezerwację w tejże restauracji, tego samego wieczora, kiedy my tam byliśmy — ale gdy zobaczyła, że na liście rezerwacyjnej znajduje się tylko JEDNA rezerwacja, wydało się to jej trochę podejrzane i postanowiła sobie odpuścić posiłek wegetariański.  Nietrudno zgadnąć, że ta jedyna rezerwacja była zrobiona przez nas!

Na szczęście obiad włoski w restauracji/barze (vis-à-vis restauracji Benny More, w części należącej do otwartego 24 godziny na dobę baru) był doskonały: kelner zostawił na stole pełną butelkę doskonałego czerwonego wina hiszpańskiego, przekąski składały się z wyśmienitego sera, oliwek i plasterków wybornego prosciutto, a główna potrawa składała się z przepysznych spaghetti Bolognese i kotletów wieprzowych.  Główny bufet (znajdujący się zaraz koło hotelowego lobby w głównym budynku) był O.K., ale nie posiadał charakterystycznej atmosfery i był nieszczególny.  Generalnie byliśmy zadowoleni z posiłków — nawet hamburgery i frytki w otwartym non-stop barze okazały się całkiem dobre.  Będąc przedtem w trzech ‘all-inclusive’ ośrodkach na Kubie muszę powiedzieć, że chyba w Club Amigo jedzenie było najlepsze.  Cóż, nawet przybyło mi na wadze 3 kilogramy!


Krzysztof Kolumb-musiałem pożyczyć mu ręce

Pogoda też była dobra—zwykle temperatura dochodziła w dzień do +30C i spadała do +19C w nocy.  Parę razy padało, ale nie dłużej niż 5 minut.  Rzadko kiedy pojawiały się na niebie chmury, ale było nieraz dość wietrznie.  Biorąc pod uwagę, że to był styczeń, najzimniejszy miesiąc na Kubie, pogoda była prawie idealna!

Ośrodek posiadał kilka oddzielnych plaż: rozległą plażę przed hotelem, dwie małe plaże i plażę należącą od hotelu Brisas, którą też mogliśmy używać (była ona kilkanaście metrów od naszej villa).  Najbardziej lubiliśmy spędzać czas na plaży “Krzysztofa Kolumba”, gdzie stał sfatygowany pomnik owego podróżnika.  Plaża była przytulna, mogliśmy z niej pływać i nurkować z rurką, jednak nie widziałem zbyt dużo ryb czy też innych bardziej egzotycznych żyjątek.  Podobno gdy przyniesie się banany, przyciągają one ryby.  Nie widziałem też żadnych meduz (jellyfish), pomimo że jedna z turystek narzekała, że coś ją ukąsiło w wodzie.  Przypływy nie były zbyt widoczne, ale w pewnym momencie musieliśmy przesunąć nasze krzesła plażowe, bo zaczęły podmywać je fale.  Koło sekcji Villas była jeszcze jedna mała plaża — w dniu naszego wyjazdu odbywał się na niej ślub Niemca z Kubanką.

Codziennie widzieliśmy na terenie ośrodka małe jaszczurki.  Gdy tylko się zbliżaliśmy, przebiegały przed nami przez chodnik, z podniesionymi pionowo ogonami (podobne były do kanadyjskich wiewióreczek ziemnych, chipmunks, bardzo powszechnych w Ontario), inne można było zobaczyć na liściach, kaktusach lub nawet na balkonach.  W nocy natrafiliśmy na ogromną, kolorową żabę.  Tu i tam wałęsały się koty i szukały jedzenia, ale ogólnie były bardzo wybredne i często nie chciały jeść tego, co im zostawiali turyści.


W hotelowym sklepie z cygarami

Na froncie naszej Villa była dróżka prowadząca do hotelu Brisas.  Przez pierwsze dwa dni spacerował po niej starszy Kubańczyk, który grał na gitarze i robił z liści palmowych figurki pasikoników.  Chociaż nie prosił nas o żadne prezenty, po kilkunastu minutach rozmowy z nim, daliśmy mu kilka ‘regalos’, jakie zabraliśmy ze sobą.  Drugiego dnia strażnicy poprosili go, aby opuścił ośrodek — pewnie nadużył gościnności!


Kubańsko-niemiecki ślub na jednej z tych mniejszych plaż
 Przed hotelem stało kilkanaście (bezpłatnych) rowerów dla turystów — wypożyczyliśmy je i udaliśmy się do pobliskiego ‘miasta’ — które składało się z kilku zniszczonych bloków mieszkalnych w stylu sowieckim, jednakże powiedziano nam, że wiele mieszkań w środku jest bardzo czystych i zadbanych, zresztą niektóre są wynajmowane dla turystów (widzieliśmy tabliczki ‘casa particulares’).  Z powodu ogólnie wietrznej pogody nigdy nie używaliśmy rowerów wodnych, kajaków czy też żaglówek, bezpłatnie dostępnych dla turystów.  Również można było wypożyczyć (tym razem odpłatnie) skutery.  Pracownik zajmujący się ich wypożyczaniem, jak też jeden z turystów powiedzieli nam, że warto wiedzieć, jak się na czymś takim jeździ zanim się przyjedzie na Kubę, bo turyści mają sporo wypadków właśnie na tych jednośladach.

– Czy możliwe byłoby dojechanie tymi skuterami do Miami? – żartobliwie zapytałem Kubańczyka pracującego w ośrodku.

– Jeżeli byłoby to możliwe, to wszyscy Kubańczycy już dawno opuściliby Kubę! – odpowiedział.

W hotelowych lobby zauważyłem francuskojęzycznego turystę, siedzącego w fotelu — jego noga była cała w gipsie.  Jak mi powiedział, został uderzony przez łódkę, gdy pływał w oceanie. 

Przed hotelem zawsze czekało kilka dorożek konnych, oferujących turystom wycieczki, jak też stało sporo taksówek.  Z jednym kierowcą uciąłem sobie miła rozmowę, nawet dobrze znał angielski.  Koło hotelu znajdował się dobrze prosperujący targ, gdzie Kubańczycy sprzedawali różne rzeźby, cygara, zabawki, paski, itp.  Mnóstwo turystów z innych ośrodków przybywało bezpłatnym autobusem specjalnie na ten targ.  Kupiłem drewniany tłuczek i moździerz oraz parę innych drobiazgów.

Przed hotelem stało zawsze kilka dorożek, czekając na turystów
Strażnicy hotelowi byli strategicznie rozlokowani w różnych miejscach ośrodka (głównie podczas dnia), musieli być najbardziej znudzonymi ludźmi w całym ośrodku!  Rozmawiałem z kilkoma z nich (jeden z nich pełnił służbę koło naszego balkonu) i spytałem się, czy zdarzają się jakieś problemy w ośrodku — powiedział, że nie.  Jeżeli ktoś pragnąłby podszlifować swój hiszpański, byliby oni świetnymi partnerami do konwersacji!

Koło baru Santa Maria (na tyłach głównego budynku) organizowano codziennie o 10:00 rano (tzn. nie wcześniej niż o 10:15 czasu kubańskiego) ćwiczenia stretching.  Lepsze to niż nic, zwykle trwały 15-20 minut i były jakoś ciągle zdezorganizowane.  Jedna z kubańskich instruktorek powiedziała, że jest adwokatką (‘abogada’).


Konsulat Kanadyjski na terenie ośrodka

W ośrodku znajdowało się biuro wymiany waluty (Cadeca) w sekcji bungalow i kurs wymiany był bardzo dobry.  Uzbrojony strażnik wpuszczał do środka tylko po jednej osobie.  Sekcja bungalow była niczego sobie, ale położona dalej od oceanu, niż Villas i dlatego absolutnie preferowałby Villa.  Kilka metrów od biura wymiany walut natknęliśmy się na niewielki... Konsulat Kanadyjski!  Ba, nawet przed nim na wysokim maszcie dumnie powiewała flaga kanadyjska!  Weszliśmy do środka i porozmawialiśmy z pracowniczką konsulatu, która powiedziała, że w razie zagubienia paszportu kanadyjskiego można otrzymać po kilku dniach nowy paszport (musi być przesłany kurierem z ambasady kanadyjskiej w Hawanie).  Konsulat również pomagał Kanadyjczykom w potencjalnych problemach prawnych.

Mały sklepik koło hotelowego lobby w głównym budynku był zaopatrzony w zimne piwo i inne napoje, jak też rum, papierosy, cygara, koszulki i cukierki.  Kartki pocztowe (1 peso lub ze znaczkiem 1.60 peso), znaczki pocztowe (0.85 peso), książki i płyty CD można było kupić z kiosku pod restauracją Las Acadas, na przeciwko sklepiku.  Chciałem nabyć kubańską gazetę „Granma”, ale daremnie, kiosk miał jedynie kilka starszych wydań „The Havana Reporter” (po angielsku).  Ciekawy i dobrze zaopatrzony sklep z cygarami i rumem znajdował się w sekcji bungalow, niedaleko biura wymiany walut i kanadyjskiego konsulatu.


Koło wykopalisk archeologicznych zaprosił nas do siebie ten facet

Spotkaliśmy też starszą kobietę z Kanady, która regularnie przyjeżdża do Club Amigo od prawie 40 lat i opowiedziała nam o swoich wycieczkach do tego kraju: gdy w połowie lat siedemdziesiątych przybyła na Kubę z grupą religijną, zabrała ze sobą bardzo dużo Biblii.  Została na lotnisku zatrzymana przez władze kubańskie i przesłuchiwana, ale w końcu pozwolono jej na wjazd na Kubę wraz z Bibliami – zresztą wówczas w porcie lotniczym kontrole celno-paszportowe były nieprzyjemne, jak też kręciło się dużo żołnierzy, uzbrojonych w karabiny maszynowe.  Pokazała nam również pozostałości budnynków na brzegu oceanu (pomiędzy tymi dwoma małymi plażami) – dawniej stały tam prywatne domy, których właściciele gotowali posiłki dla turystów, ale zostali wywłaszczeni, ich domy zburzone, a oni sami otrzymali mieszkania w blokach.  Mogę sobie tylko wyobrazić, jak bardzo dużo były warte te domy, biorąc pod uwagę ich idealną lokację przy oceanie!.


W środku kubańskiego domu

Podczas pobytu w Amigo Guardalavaca, wybraliśmy się na kilka wycieczek.  Pomiędzy ośrodkami kursował bezpłatny odkryty piętrowy autobus ‘hop-on-hop-off’, zatrzymywał się we wszystkich pobliskich ośrodkach (a było ich chyba sześć), jak też dojeżdżał do wioski, gdzie znajdowało się muzeum indiańskie i miejsce wykopalisk archeologicznych — i tam właśnie się wybraliśmy.  Muzeum ‘Museo Chorro de Maita’, na vis-a-vis XV-to wiecznej wsi indiańskiej Arawaków (której nigdy nie odwiedziliśmy) składa się z obudowanego oryginalnego cmentarza, odkrytego w latach osiemdziesiątych XX wieku, gdzie można zobaczyć kilkadziesiąt z odkrytych 108 szkieletów Indian Taino (oraz jeden należący do Hiszpana).  Jeden ze szkieletów jest zwrócony twarzą do ziemi — wyjaśniono nam, że ów osobnik musiał być ‘mala persona’ (złą osobą).  Z pewnością warto zobaczyć to muzeum!  Będąc w środku muzeum, nawiązaliśmy rozmowę z mówiącym po angielsku Kubańczykiem.  Na ścianach wisiały fotografie robione w czasie ekskawacji archeologicznych tychże grobów i na jednym z nich była uwieczniona siostra tego Kubańczyka (którą później spotkaliśmy).  Zaprosił nas do swojego domu, zniszczonego przez huragan Sandy — był w trakcie budowania nowego domu.  Poczęstował nas bardzo czarną, słodką i właśnie co zaparzoną kawą, która była palona nad otwartym ogniem.  


A to kuchnia koło domu-poczęstował nas prażoną nad 'ogniskiem' kawą

Spacerując poszarpaną i wyboistą drogą, zaglądając do kilku domów (wiele z nich miało dachy zrobione z liści palm) i obserwując, jak na wsi mieszkają Kubańczycy, było niezapomnianym i trochę smutnym przeżyciem.  Na drugi dzień raz jeszcze się udaliśmy się do tej wioski i wstąpiliśmy do kilku domów przy drodze — to miejsce diametralnie różniło się od Club Amigo!  Wracając autobusem do ośrodka mijaliśmy wiele bardzo ładnych i solidnych domów, jak też prymitywnych, często zniszczonych i prawie walących się chałup (zapewne z powodu niedawnego huraganu Sandy).  Prawdopodobnie zajmowana nieruchomość w dużej mierze zależała od wykonywanego zawodu jej właściciela (np. od pracy w sektorze turystycznym, gdzie jest dostęp do ‘twardej waluty’) lub też od posiadania rodziny za granicą, która regularnie przesyła pieniądze.  Pytano się nas, czy może mamy plastikowe plandeki, stanowiące świetne zabezpieczenie uszkodzonych przez huragan dachów — dach domu Kubańczyka, który nas do siebie zaprosił, też był pokryty taką plandeką, którą otrzymał od kanadyjskiego turysty.

Efrem i jego taksówka
Jak już wspominałem, przed wyjazdem zrobiłem dość duży ‘research’ na Internecie i m. in. nawiązałem kontakt na forum TripAdvisor z Candy (a.k.a. Candysita2) która zarekomendowała nam mieszkającego w Holguin kierowcę taksówki (Efren), będącego dawniej profesorem języka angielskiego na uniwersytecie, co jest jedną z coraz bardziej powszechnych zjawisk na Kubie.  Zadzwoniliśmy do niego i następnego dnia rano przyjechał do hotelu samochodem marki „Peugeot”.  Był bardzo rozmownym człowiekiem i mieliśmy okazję bardzo dużo się od niego dowiedzieć, zatem jechało się nam niezmiernie przyjemnie.  Na początku udaliśmy się do miasta Gibara, gdzie spędziliśmy kilka godzin przechadzając się po wąskich uliczkach, wstępując nawet do fabryki cygar i nowo otwartego hotelu Ordono.  Lokalny Kubańczyk przyłączył się do nas i spacerował z nami, ale nie chciał od nas żadnych pieniędzy (podobno był to ‘jintero’, kanciarz, ale nas nie okantował...).  

Gibara
Loma de la Cruz
Po ponad godzinie poszliśmy do baru i wypiliśmy po puszcze piwa, jak też daliśmy mu parę upominków, a następnie udaliśmy się taksówką Efrema na lunch do restauracji Los Hermanos, która również posiadała bardzo przyjemną casa particular, prywatne pokoje dla turystów).  Tam też spotkaliśmy Candy z TripAdvisor, która właśnie w tej casa particular mieszkała.  Po lunchu, składającego się m. in. z homara, pojechaliśmy do miasta Holguin, na wzgórze (‘Loma de la Cruz’—Wzgórze Krzyża), z którego rozciągał się imponujący widok na całe miasto i przyległe okolice.  Szkoda, że nie odwiedziliśmy tego miejsca wieczorem, zapewne widok byłby jeszcze bardziej uderzający.  W centrum Holguin nie zabawiliśmy długo, ale udało nam się go trochę obejrzeć.  Efrem pokazał nam bardzo ciekawą ogromną płaskorzeźbę, przedstawiającą historię Holguin (a może nawet i Kuby) od okresu przybycia białych ludzi.  Gdy siedzieliśmy na głównym placu miasta, podszedł do nas młody chłopak, prosząc o pieniądze; Catherine zaoferowała mu banany, ale jakoś nie był nimi zainteresowany, chciał peso.  Szkoda, że nie mogliśmy spędzić więcej czasu w Holguin i Gibara!  Do hotelu powróciliśmy o godzinie 20:00, zapłaciliśmy kierowcy i daliśmy mu sporo gazet i magazynów kanadyjskich i amerykańskich, jak też New York Times, który kupiłem na lotnisku w Toronto.

Parę razy rozmawiałem z Kubańczykami o zachodzących w tym kraju zmianach.  Generalnie wszyscy je popierali, chociaż z pewnością ci, co stali się samozatrudnieni musieli mieć wiele problemów z pozyskaniem zaopatrzenia dla swoich biznesów i rządową biurokracją, nie przyzwyczajoną do tych nowych zasad, które jeszcze nie tak dawno były surowo zabronione i karalne.  Jeden z Kubańczyków powiedział, że wszystkie te zmiany były bardzo dobre dla Kuby i że rząd obrał właściwą drogę.

– Szkoda jednak – rzekł z wyczuwalnym smutkiem – że musiało minąć aż 50 lat, zanim rząd zorientował się, że takie zmiany są konieczne.

Niestety po Rewolucji, Kuba wybrała najgorszy z możliwych systemów politycznych, całkowicie bazowany na anachronicznym i beznadziejnym modelu Sowieckim, który efektywnie zabijał w zarodku nawet najmniejsze objawy prywatnej inicjatywy i pomysłowości.  Cóż, towarzysze, nie mieliście racji — i dobrze o tym wiecie!


Bardzo interesujący mural w Holguin

Na lotnisku w Holguin znajduje się kilka sklepów (jeden bezcłowy), gdzie można kupić wiele rodzajów rumów, likierów, wódek, cygar, papierosów i upominków, toteż dopiero przy odjeździe nabyłem alkohol i papierosy, bez potrzeby noszenia tego ciężaru z hotelu.  Również można było wymienić pieniądze w na lotnisku, po przejściu przez kontrolę celną (nie wszędzie jest to możliwe).  Koło kontroli celnej widziałem kilka sporych pudełek z cygarami, skonfiskowanymi turystom przez celników — jeden z turystów ponad pół godziny przekonywał celników, aby pozwolili mu zatrzymać 4 pudełka cygar (według moich obliczeń, warte ok. 2,200 peso/$2,280) — i jakoś ich przekonał.  W trakcie czekania na samolot widzieliśmy napisy o lotach z Miami — pomimo embarga i braku stałych połączeń pomiędzy Kubą a USA, bardzo dużo amerykańskich samolotów charterowych regularnie lata do USA, głównie przywożąc turystów pochodzenia kubańskiego lub wycieczki Amerykanów, którzy otrzymali pozwolenie na odwiedzenie Kuby.

Była to nasza piąta wycieczka na Kubę i jak zwykle, bardzo owocna!  Pomimo, że jeżdżąc na do tego kraju, zawsze udaję się tam bez żadnych uprzedzeń, z ‘open mind’, pamiętając, że to ‘Es Cuba’, to jednak niezależnie od jakichkolwiek problemów, wszystko było tak, jak należy!  Nie mieliśmy problemu z hotelem, pokój był z uroczym widokiem na ocean, jedzenie i atmosfera super, pogoda prawie idealna... czy jeszcze można czegoś innego wymagać?  Z niecierpliwością oczekuję na następny wyjazd na Kubę — i mam nadzieję, że nie ostatni!


Blog in English/po angielsku: http://ontario-nature.blogspot.ca/2013/09/one-week-in-guardalavaca-cuba-january-4.html
Więcje zdjęć z tej wycieczki: http://www.flickr.com/photos/jack_1962/sets/72157635667940386/


piątek, 31 sierpnia 2012

Na Kanu na Zatoce Georgian Bay, Kolo Wyspy Philip Edward Island w Ontario-Sierpien 2012 r. (Część Druga Wycieczki)

Więcej zdjęć z tej wycieczki: http://www.flickr.com/photos/jack_1962/sets/72157631846528711/

Zakończywszy naszą sześciodniową wycieczkę na kanu po rzece Key River, na zatoce Georgian Bay i w parku French River (o której pisałem w poprzednim blogu, http://ontario-nature-polish.blogspot.ca/2012/08/na-kanu-po-rzece-key-river-i-zatoce.html), udaliśmy się do niedalekiego parkingu przy potoku Chikanishing River.  Pogoda nie była dobra, zanosiło się na deszcz, a do tego było wietrznie.  Ponieważ jednak była już 16:00, nie mieliśmy za dużo czasu, aby czekać na jej poprawę.  Przed nami wypłynęło kilku kajakarzy, ale zamierzali powrócić po paru godzinach.  Porozmawialiśmy też z przyjemnym jegomościem, który zrobił nam parę zdjęć (już wtedy zaczęło padać i nałożyliśmy ubrania przeciwdeszczowe).  O godzinie 16:30 zaczęliśmy płynąć rzeką Chikanishing River do zatoki Georgian Bay, rozpoczynając następny etap naszej wyprawy.

GEORGIAN BAY NEAR PHILIP
EDWARD ISLAND AND THE FOX ISLANDS, ONTARIO, CANADA.
Nasza trasa od rzeki Chikanishing River do wyspy Jill Island

Cały czas obserwowaliśmy pogodę, ale wiosłując na Chikanishing River nie czuliśmy ani wiatru, ani fal.  Dopiero po wypłynięciu z rzeki na coraz bardziej otwarte wody zatoki Georgian Bay zaczęły nachodzić nas wątpliwości, czy podjęliśmy słuszną decyzję: było wietrznie, fale dość wysokie, a wygląd nieba nie wróżył rychłej poprawy pogody.  Przede wszystkim musieliśmy przepłynąć przez odsłonięty kanał pomiędzy ujściem Chikanishing River a zachodnim krańcem wyspy Philip Edward Island (około 700 m).  Przepłynąwszy jakieś 140 metrów, zdaliśmy sobie sprawę, że fale stają się coraz wyższe, co zmuszało nas nie tylko do maksymalnego wysiłku przy wiosłowaniu, ale też do stałego utrzymywania kanu pod kątem 45–90 stopni do fal (mniej więcej prostopadle).  W pewnym momencie zacząłem żałować, że w ogóle wypłynęliśmy, ale przekroczyliśmy już punkt, zza którego nie ma odwrotu, i nie pozostawało nam nic innego, jak wiosłować naprzód i mieć nadzieję, że sobie poradzimy. 

Za każdym razem, gdy kanu wznosiło się i opadało na falach, oddychaliśmy z ulgą, że nie dostała się do niego woda.  W końcu dopłynęliśmy do cypelka South Point, wpłynęliśmy w wąski kanał (koło którego w zeszłym roku nocowaliśmy) i wreszcie płynęliśmy po znacznie spokojniejszym i osłoniętym akwenie.  Trzymaliśmy się bardzo blisko brzegu, ale często nie wiedzieliśmy, czy przytulne kanały nie okażą się ślepymi zatoczkami lub czy w nich nie ugrzęźniemy z powodu podwodnych skał albo mielizn, tym bardziej że poziom wody był niższy niż w poprzednich latach.  Przynajmniej jednak po raz pierwszy mieliśmy okazję płynąć blisko brzegu, bo zwykle lubimy trzymać się bardziej otwartych wód. 

Nie oznaczało to jednak końca naszych problemów — za każdym razem, gdy byliśmy zmuszeni przepłynąć nawet krótki odcinek otwartych wód, momentalnie fale stawały się burzliwe i wysokie, a co gorsza — liczne podwodne skały i ostre skaliste rafy powodowały, że pokryte pianą fale i grzywacze non stop uderzały o skały i dosięgały naszego kanu, które znajdowało się kilka metrów od nich.  Przepłynęliśmy na północ od Jaws Island (Wyspa Szczęki) — w poprzednich latach płynęliśmy na południe od tej wyspy, aby odwiedzić wyjątkowo wyglądającą skałę w kształcie trójkąta, którą ochrzciliśmy The Kissing Rock, jako że Catherine raz ją pocałowała (skała z wyglądu przypominała czekoladkę firmy Hershey, ale, według Catherine, tylko z wyglądu!).  Tym razem, pochłonięci wiosłowaniem, kompletnie zapomnieliśmy o niej.  Wkrótce dotarliśmy do zatoki Winakaching Bay.

GEORGIAN BAY NEAR PHILIP
EDWARD ISLAND AND THE FOX ISLANDS, ONTARIO, CANADA.
Pogoda z pewnością nie była zachęcająca...

Sądziliśmy, że uda się nam znaleźć w tej zatoczce przytulne i osłonięte miejsce biwakowe, ale z daleka nie wyglądało, aby można się było zatrzymać na jej skalistych brzegach.  U ujścia zatoki było bardzo dużo skalistych wysepek i górzystych brzegów — w strugach padającego deszczu powoli wiosłowaliśmy między nimi, ale nie dostrzegliśmy żadnych znaków pola biwakowego.  Popłynęliśmy w okolice wschodniej części Crab Island (Wyspy Kraba/Raka) — rzeczywiście, jej kształt przypominał raka czy też kraba, z drugiej strony większość tutejszych wysp, z ich skalistymi półwyspami i przylądkami wygląda jak fantastyczne potwory mające wiele macek.  Spoglądając na mój GPS i mapę, miałem nadzieję znaleźć miejsce kempingowe po drugiej stronie wyspy Crab Island, ale gdy tylko dopłynęliśmy do jej południowego wybrzeża, nieubłagany wiatr i wzburzone fale szybko kazały się nam wycofać.  Byliśmy szczęśliwi, że udało się nam uchronić kanu od kolizji z wystającymi ostrymi skałami. 


GEORGIAN BAY NEAR PHILIP
EDWARD ISLAND AND THE FOX ISLANDS, ONTARIO, CANADA.
Prawie cały czas padało, a do tego musieliśmy walczyć z wiatrem i sporymi falami

Naprzeciwko Crab Island leży wyspa Le Hayes Island i obok niej wyspa Solomon Island, na której rozbiliśmy biwak na pierwszych kilka nocy w czasie naszej wycieczki na wyspy Fox Islands (http://ontario-nature-polish.blogspot.ca/2011/08/philip-edward-island-and-foxes.html).  Doskonale orientowaliśmy się, że w tamtej okolicy można znaleźć wiele miejsc biwakowych, jednak aby dopłynąć do wyspy Le Hayes Island, musielibyśmy przepłynąć następny kanał szeroki na 600 metrów i całkowicie wystawiony na wiejące z zachodu wiatry.  Z miejsca, gdzie się znajdowaliśmy (tzn. koło wysp Crab Island i Severance Island), fale w przesmyku nie wyglądały specjalnie burzliwie, więc zdecydowaliśmy się na przeprawę. 

Początkowo nie było żadnych problemów z wiosłowaniem, ale po niedługiej chwili wszystko się zmieniło i musieliśmy walczyć z falami jeszcze większymi od tych, które napotkaliśmy niecałą godzinę wcześniej, po opuszczeniu rzeki Chikanishing River.  Z powodu kierunku fal nie byliśmy w stanie wiosłować w linii prostej na drugi brzeg wyspy Le Hayes Island, ponieważ ustawione równolegle do fal kanu szybko zostałoby przez nie wywrócone.

Tak więc znowu musieliśmy wiosłować praktycznie w odwrotnym kierunku, aby kanu było ustawione do fal pod właściwym kątem.  Zamiast kierować się do wyspy Le Hayes Island, podążaliśmy ku otwartym i wzburzonym wodom zatoki Georgian Bay i grupie wysepek Heron Islands, nieustannie chłostanych przez spienione fale, które przetaczały się przez na wpół zatopione skały.  Wcześniej czy później musieliśmy wykonać szybki zakręt kanu pod kątem 180 stopni i zacząć wiosłować, tym razem z falami, w kierunku wyspy Le Hayes Island.  Nie było to proste zadanie — fale były tak wysokie, że obawiałem się, iż w momencie skrętu kanu, gdy nawet przez kilka sekund będzie ono ustawione równolegle do fal, może się przetoczyć wysoka fala i zalać nas lub nawet wywrócić. 

Dwa lata temu, podczas wycieczki dookoła wyspy Philip Edward Island wykonaliśmy właśnie taki manewr i nagle wielka fala dopadła z boku kanu i znacznie je przechyliła, wlewając do środka sporo wody.  Tym razem jednak nie mieliśmy innego wyjścia; obserwowałem przez jakiś czas fale i na mój sygnał oboje zaczęliśmy z całych sił wiosłować z prawej strony i pomyślnie wykonaliśmy zakręt.  Tak więc wreszcie wiosłowaliśmy na wschód, w kierunku wyspy, a kanu było pchane przez wiatr i fale do przodu: gdy nadchodząca z tyłu fala je popychała, wznosiło się na niej i gwałtownie opadało, zjeżdżając po fali niczym napędzane niewidzialnym silnikiem.

Później Catherine powiedziała mi, że za każdym razem, gdy kanu było gwałtownie popychane przez fale, miała wrażenie, iż jego dziób zanurzy się i nabierze wody.  Na szczęście tak się nie stało, ale oboje mieliśmy dość tych przygód.  Wiosłowaliśmy naprzód tak mocno, jak tylko się dało i wkrótce zaczęliśmy mknąć wzdłuż wybrzeży Le Hayes Island.  Zobaczywszy na brzegu malutką ingresję, Catherine chciała się w niej zatrzymać, ale ja postanowiłem wiosłować naprzód jakieś 200 metrów i wreszcie dotarliśmy do zatoki po wschodniej stronie Le Hayes Island.  Muszę szczerze powiedzieć, że nigdy przedtem nie doświadczyłem tak dramatycznych chwil na kanu i mało brakowało, abyśmy się wywrócili.

GEORGIAN BAY NEAR PHILIP
EDWARD ISLAND AND THE FOX ISLANDS, ONTARIO, CANADA.
W poszukiwaniu miejsca biwakowego
Na wyspie Le Hayes Island znajduje się miejsce biwakowe, do którego można dojść z tej zatoczki.  W zeszłym roku rozbiliśmy się na pobliskiej wyspie Solomon Island, a na tym właśnie miejscu biwakowała grupa młodzieży.  Catherine wyszła z kanu i przespacerowała się po skalnej wysepce.  Powiedziała, że musielibyśmy taszczyć nasze rzeczy kilkadziesiąt metrów od kanu.  Ponieważ znowu zaczęło padać, szybko odpłynęliśmy, szukając dogodnego miejsca.  Byliśmy gotowi nawet zatrzymać się na tym samym miejscu co rok temu, na wyspie Solomon Island (było to świetne miejsce, z przepięknym widokiem na całą okolicę!), lecz okazało się, że już było zajęte przez grupę dziewczyn.  Catherine trochę z nimi porozmawiała i odpłynęliśmy, żeby kontynuować nasze poszukiwania. 


GEORGIAN BAY NEAR PHILIP EDWARD ISLAND AND THE
FOX ISLANDS, ONTARIO, CANADA.
Wreszcie pojawiła się podwójna tęcza -- ale nadal dookoła kłębiły się czarne chmury
Wiosłowaliśmy wśród licznych wysepek i skał o typowym różowawym kolorze i niebawem dopłynęliśmy do sporej pagórkowatej wyspy o płaskim skalistym brzegu, wymarzonym na biwak.  Według mojej mapy była to Jill Island, chociaż nie przypuszczam, aby była całkowicie otoczona wodą — przesmyk oddzielający ją od wyspy Philip Edward Island był prawdopodobnie bardzo zarośnięty i płytki. 

Dookoła mogliśmy podziwiać wiele małych, malowniczych, skalistych wysepek wynurzających się z wody; wyspa Solomon Island i sylwetka charakterystycznej sosny rosnącej vis-à-vis wyspy, którą tyle razy fotografowałem poprzedniego roku, też była widoczna z naszego nowego miejsca.  Widzieliśmy również wyspy Blockbuster i Lowe oraz niektóre wyspy Fox Islands.  Chociaż przestało padać i na niebie pojawiła się przepiękna, podwójna tęcza, ciągle było wietrznie, tu i tam wisiały czarne chmury z charakterystycznymi pionowymi, ciemnymi pasami padającego deszczu. 

Szybko rozbiłem na jałowej skale namiot, wykorzystując do jego zabezpieczenia kamienie zamiast śledzi — musieliśmy go przymocować, aby nie został porwany przez wiatr!  Zbudowałem skalne palenisko na ognisko — z powodu non stop wiejącego silnego wiatru poukładałem wokoło niego wiele płaskich skał.  Pod wieczór udaliśmy się na krótką przechadzkę po wyspie i weszliśmy na pobliskie wzgórze. Widok był imponujący: widzieliśmy nawet część wyspy West Fox Island, na której biwakowaliśmy rok temu.  Natknęliśmy się na kilka miejsc na ogniska zbudowanych z kamieni, ale z powodu wiatru niemożliwe było ich wykorzystanie.


GEORGIAN BAY NEAR PHILIP
EDWARD ISLAND AND THE FOX ISLANDS, ONTARIO, CANADA.
Nasze miejsce na wyspie Jill Island

Tego wieczoru z przyjemnością siedzieliśmy przy ognisku — przepłynęliśmy 29 kilometrów i musieliśmy zmagać się z fatalną pogodą i wysokimi falami.  Gdy się ściemniło, na bezchmurnym niebie zajaśniało tysiące gwiazd i pojawiła się Droga Mleczna, a po zachodzie słońca ukazał się malutki rogalik księżyca, który szybko zniknął.  Zrobiłem parę nocnych zdjęć.  Kilka razy widzieliśmy meteory oraz szybko przesuwające się po nieboskłonie satelity; jeden z tych obiektów był niezwykle jasny — prawdopodobnie była to Międzynarodowa Stacja Kosmiczna.  Dziewczyny biwakujące na Solomon Island wystrzeliły kilka fajerwerków i wypuściły jasny lampion, który powoli unosił się w powietrzu i po kilku minutach został przesłonięty koroną drzew.


GEORGIAN BAY NEAR PHILIP
EDWARD ISLAND AND THE FOX ISLANDS, ONTARIO, CANADA.
Widok ze szczytu wyspy Jill Island, na której biwakowaliśmy.  Widać było ubiegłoroczne miejsce biwakowe na wyspie Solomon Island, jak też bardzo oryginalną sylwetkę sosny, znajdującej się na vis-a-vis naszego biwaku na wyspie Solomon Island

Mieliśmy w planach wybrać się na kilka przejażdżek kanu, ale jak to się często dzieje, pogoda nie zawsze była sprzyjająca.  Następnego dnia pozostaliśmy na biwaku, czytając, opalając się, pływając i chodząc po wyspie.  Zrobiliśmy też wiele fotografii ze szczytu wzgórza — widok był przepiękny!  Wieczorem słyszeliśmy hałas silników łodzi motorowych, ale samych łodzi prawie nigdy nie widzieliśmy.  Pewnej nocy po zmroku usłyszałem motorówkę i wkrótce w oddali mignęły światełka, gdy motorówka manewrowała pośród skalnych wysepek.  Mimo że nasze kanu płynęło ogólnie wolno i byliśmy ostrożni, czasem niespodziewanie wpadało na niewidzialną, ukrytą pod powierzchnią wody skałę — tak więc byłem niezwykle zaskoczony, że łódź motorowa nawet po zmierzchu płynęła tak szybko w okolicy rojącej się od wszelkiego rodzaju skał.


— Pewnie są to lokalni wędkarze — rzekłem do Catherine — i muszą świetnie znać te tereny.  Ale nawet gdybym je dobrze znał, to bałbym się tak szybko płynąć z powodu niezliczonych skał.

Dosłownie parę sekund po tym, jak wypowiedziałem te prorocze słowa, usłyszeliśmy głuche uderzenie, dźwięk silnika nagle zamarł—i dopiero po kilku minutach dostrzegliśmy przesuwające się bardzo wolno światełka łodzi—nie dochodził też do nas warkot silnika.  Być może łódź, uszkodziwszy śrubę, uruchomiła elektryczny silnik, normalnie używany przez wędkarzy do cichego wpływania w płytkie zatoczki.

GEORGIAN BAY NEAR PHILIP
EDWARD ISLAND AND THE FOX ISLANDS, ONTARIO, CANADA.
Catherine na szczycie wyspy Jill  Island

Parę tygodni przed tą wycieczką zainteresowałem się Geocaching — grą terenową prowadzoną przez użytkowników odbiorników GPS, polegającą na poszukiwaniu tzw. skrzynek (geocache lub cache) uprzednio ukrytych przez innych użytkowników biorących udział w grze.  Początkowo chciałem ukryć kilka geocaches w okolicach rzeki Key River i wyspy Philip Edward Island; jednak przepisy tej gry wyraźnie mówią, że po ukryciu geocaches byłbym zobligowany do utrzymywania ich w dobrym stanie, co byłoby raczej trudne, dlatego porzuciłem ten pomysł.

Niemniej jednak dwie geocaches były ukryte bardzo blisko naszego biwaku — jedna na wyspie Solomon Island, druga na wyspie Martins Island (należąca do grupy wysp Fox Islands).  Catherine również zainteresowała się tą zabawą i postanowiliśmy popłynąć na Solomon Island w poszukiwaniu geocache.

GEORGIAN BAY NEAR PHILIP
EDWARD ISLAND AND THE FOX ISLANDS, ONTARIO, CANADA.
Nasze ubiegłoroczne miejsce biwakowe na wyspie Solomon Island

Przedtem udaliśmy się do małej zatoczki naprzeciwko wyspy Solomon Island, gdzie kilka dni temu zauważyliśmy houseboat — dom oparty na platformie, do której przytwierdzone są aluminiowe boje.  Nie był to jednak typowy houseboat — jego właściciel (do którego pewnie należała też pobliska parcela) zbudował prosty dom na platformie z przyczepionymi aluminiowymi bojami i przyholował ją do tej zatoczki, gdy poziom wody był o wiele wyższy — obecnie dom prawie że spoczywał na skałach.  Zrobiliśmy kilka zdjęć tego oryginalnego ustrojstwa i popłynęliśmy do wyspy Solomon Island.  Biwakujące na niej uprzednio dziewczyny już ją opuściły, pozostawiwszy samotną flagę kanadyjską.  Zrobiliśmy sobie parę zdjęć na naszym byłym biwaku, zauważyliśmy też, że na wyspie Le Hayes Island było parę namiotów.


GEORGIAN BAY NEAR PHILIP
EDWARD ISLAND AND THE FOX ISLANDS, ONTARIO, CANADA.
Spektakularny widok ze szczytu wyspy Solomon Island!

Według odbiornika GPS geocache o niezwykle stosownej nazwie Georgian Bay Delight znajdowała się w najwyższym punkcie wyspy, na szczycie sporego wzgórza.  Wspinaliśmy się powoli po skałach tworzących stoki wzgórza, aż weszliśmy na jego szczyt.  Przed nami rozciągnął się panoramiczny, SPEKTAKULARNY widok!!! 


Zrobiłem wiele zdjęć i prawie że zapomniałem o geocache, która miała być nieopodal wierzchołka wzniesienia, gdzie rosło kilka sosen (widzieliśmy je z naszego biwaku).  Oboje zabraliśmy się do poszukiwania… i wreszcie ją dojrzałem!  Było to świetne miejsce na umieszczenie geocache — gdybym nawet jej nie znalazł, otaczający nas widok był po prostu bezcenny.  Miałem wrażenie, że znajduję się w jakimś odmiennym świecie i jestem otoczony niezliczonymi różowymi skałami i wysepkami oraz niepowtarzalnie ukształtowanymi sosnami, których wierzchołki były typowo wygładzone przez wiatry. 

 Widzieliśmy z oddali nie tylko nasze miejsce biwakowe, ale też wyspy Fox Islands, Philip Edward Island, majestatyczne pasmo górskie La Cloche Mountains z jego charakterystycznymi formacjami skalnymi utworzonymi z białego kwarcu przypominającymi śnieg oraz najbardziej znane szczyty, Crack i Silver Peak, jak też miasteczko Killarney, największą na świecie wyspę jeziorową Manitoulin Island (gdzie mieszkało wielu Indian) oraz brzegi wzdłuż ujścia rzeki French River.  Kilkanaście metrów od szczytu znajdował się wzruszający obelisk zrobiony z kamieni, poświęcony pieskowi o imieniu Rocky (kwiecień 1996 r. – czerwiec 2009 r.), który towarzyszył w wielu wyprawach na kanu.


GEORGIAN BAY NEAR PHILIP
EDWARD ISLAND AND THE FOX ISLANDS, ONTARIO, CANADA.
Widok ze szczytu wyspy Solomon Island -- nawet było widać nasze miejsce biwakowe na wyspie Jill Island!
Gdy dwa lata temu, w sierpniu 2010 r., opływaliśmy wyspę Philip Edward Island, w moim blogu na temat tej podróży (http://ontario-nature-polish.blogspot.ca/2010/08/in-polish-dziewiec-dni-na-kanu-dookoa.html) cytowałem kilka fragmentów z książki Anna Brownell Jameson (1794-1860) pt. Winter Studies and Summer Rambles in Canada, w której autorka bardzo ciekawie opisuje odwiedzane miejsca, jak też napotkanych ludzi, miejscowe tradycje i ogólny styl życia w tamtym okresie.
Gdy w sierpniu 1837 r. autorka przepływała na południe od wyspy Philip Edward Island, również była zauroczona pięknem otaczającego krajobrazu:

GEORGIAN BAY NEAR PHILIP
EDWARD ISLAND AND THE FOX ISLANDS, ONTARIO, CANADA.
Na szczycie wyspy Solomon Island, po znalezieniu 'geocache'
Tego dnia nasze kanu świetnie lawirowało pomiędzy setkami wysp, czasem pędząc przez wąskie, skalne kanały, tak wąskie, że nie byłam w stanie dostrzec wody po obu stronach kanu; gdy z nich wypłynęliśmy, przemknęliśmy przez ogromne połacie wodnych lilii; to wszystko z godziny na godzinę stanowiło nieustanne piękno, nieustanną rozkosz i urok. Wioślarze śpiewali swoje wesołe francuskie piosenki, do których przyłączyli się ci z drugiego kanu.

Następnie opisuje, jak zatrzymali się na spoczynek na skale:

Już zachodziło słońce, gdy wylądowaliśmy na płaskiej, niezarośniętej skale — unikaliśmy bujnej roślinności i krzewów, jak się tylko dało, z powodu komarów i grzechotników — i gdy mężczyźni rozbili namioty i przyrządzili kolację, przeszłam się po okolicy i wpadłam w zadumę. Tak bardzo chciałabym przekazać czytelnikom chociaż odrobinę piękna tego wieczoru; chociaż staram się wyrazić słowami to, co rozciąga się przede mną, czuję się obezwładniona tym niebiańskim urokiem, uczucie niemożliwego do opisania piękna obezwładnia mnie jak poprzednio. (…) Jezioro pławiło się pod zachodnim niebem niczym wanna pełna roztopionego złota; skalne wysepki, którymi usiana była powierzchnia jeziora, nabrały koloru ciemnofioletowego, a ich krawędzie zdawały się być otoczone ogniem. Dla mających artystyczne spojrzenie przybrały one dziwne kształty; niektóre przypominały chrząszcze o długich czułkach, inne żółwie i krokodyle, a jeszcze inne wyglądały jak śpiące wieloryby i skrzydlate ryby; listowie, jakim były pokryte, przypominało płetwy grzbietowe i kępy piór. A potem… gdy fioletowe cienie zaczęły się od wschodu ściemniać, pojawił się sierp księżyca, rzucając wspaniałą jasną poświatę na wodę. Pamiętam, że stałam na brzegu (…) — owładnięta tak silnym poczuciem piękna i głęboką adoracją dla potęgi, która to stworzyła.

Sketches by Anna B.
Jameson
Szkic wykonany 8 sierpnia 1837 r. przez Annę B. Jameson pt. "Biwak na Jeziorze Huron"

Od czasu, gdy zostały napisane te słowa, minęło ponad 170 lat, lecz ówczesne piękno i głębia zachwytu do dziś pozostały takie same.


Podziwiając niepowtarzalne piękno okolicy, ujrzeliśmy kilka zawieszonych w oddali czarnych chmur; z ich dolnych części spadały ku lądowi pionowe ciemne smugi deszczu — padało gdzieś nad wyspą Manitoulin Island i nie byliśmy pewni, czy te chmury się nie przemieszczą w naszym kierunku.  Ruszyliśmy więc w drogę powrotną, ostrożnie schodząc po stromych skałach i gołoborzach.  W pewnym momencie Catherine wystraszyła się dużego, lecz nieszkodliwego węża wygrzewającego się na skale — trzeciego, jakiego miałem okazję zobaczyć w czasie tej podróży.  Wsiedliśmy do kanu i popłynęliśmy na biwak, ale u nas nie było deszczu.
GEORGIAN BAY NEAR PHILIP
EDWARD ISLAND AND THE FOX ISLANDS, ONTARIO, CANADA.
Widok ze szczytu wyspy Solomon Island w kierunku wyspy Manitoulin Island

Następnego dnia byliśmy wcześnie na nogach i już przed 10:00 rano wskoczyliśmy do kanu i popłynęliśmy z powrotem do samochodu — nie, to nie był jeszcze koniec naszej podróży — namiot i większość naszych rzeczy zostawiliśmy na miejscu biwakowym.  Po prostu chcieliśmy odwiedzić miasteczko Killarney, wpaść do znanej restauracji Herbert Fisheries, kupić porcję smażonych ryb i frytek oraz napić się zimnego piwa. 

Dotarcie do parkingu przy Chikanishing River zabrało nam mniej niż 2 godziny.  Po drodze na krótko zatrzymaliśmy się koło skały Kissing Rock i zrobiliśmy kilka zdjęć.  Na parkingu zabezpieczyliśmy łańcuchem kanu i najpierw udaliśmy się do parku Killarney Provincial Park, gdzie szybko się wykąpaliśmy pod prysznicem, a potem pojechaliśmy do miasteczka Killarney.  Tam kupiliśmy doskonałą (i drogą) porcję smażonych ryb i frytek, dwie puszki zimnego piwa, po czym siedząc na doku przed sklepem LCBO, raczyliśmy się jedzeniem i obserwowaliśmy przepływające przez kanał Killarney łodzie.


GEORGIAN BAY NEAR PHILIP
EDWARD ISLAND AND THE FOX ISLANDS, ONTARIO, CANADA.
Catherine przy skale "The Kissing Rock"

Pomiędzy miasteczkiem Killarney, położonym na stałym lądzie, a dość dużą wyspą George Island znajduje się kanał, który od setek lat jest używany przez podróżników jako miejsce, gdzie można się schować przed silnymi wiatrami.  Otrzymał on w języku Ojibway (Odżibwejów) nazwę Shebahonaning, co znaczy „tutaj jest bezpieczny kanał dla kanu”.  Również z powodu swojego położenia kanał ten był odwiedzany przez praktycznie wszystkich docierających tam ludzi, jako że znajdował się na głównej trasie, po której kursowały w kierunku zachodnim ogromne transportowe kanu, wypełnione towarami.  

Przepływały przez ten kanał tak znane postacie jak La Salle, Marquette, Etienne Brule i inni podróżnicy i handlarze skór.  W roku 1820 handlarz skór Ettiene Augustin de la Morandiere na brzegach kanału założył faktorię, punkt handlowy, który stał się zaczątkiem obecnego miasteczka.  Jego żona, Josephte Sai-sai-go-no-kwe (Kobieta Padającego Śniegu), pochodziła z plemienia Odawa (Ottawa) i była blisko spokrewniona ze słynnym wodzem Tecumsehem.  W 1854 r. została tu otwarta poczta.  Do miasteczka można się było dostać jedynie drogą wodną, a później również samolotem — dopiero w 1962 roku wybudowano obecną drogę nr 637.

Życie w tak bardzo odseparowanej osadzie często musiało być trudne i uciążliwe, jednak wiele statków odwiedzało Killarney, żeby zabrać ryby, a w późniejszych latach przywieźć turystów.  W zimie po zamarzniętych wodach zatoki Georgian Bay można było dotrzeć do miasteczek położonych na wyspie Manitoulin Island oraz do położonej na południu zatoki Byng Inlet.  

GEORGIAN BAY NEAR PHILIP
EDWARD ISLAND AND THE FOX ISLANDS, ONTARIO, CANADA.
Wybudowana w końcu XIX wieku szopa rybacka w mieście Killarney, w kanale o tej samej nazwie

Witryna internetowa o dziejach Killarney, utworzona przez Adele Loosemore (http://www.killarneyhistory.com/), opisuje interesującą historię o dostarczaniu listów i przesyłek pocztowych do Killarney:

Miasteczko Killarney było położone na trasie dostawczej poczty z Penetanguishene do Sault Ste. Marie (…) w dniu 25 listopada 1872 roku John Egan, odpowiedzialny za transport poczty, wysłał dwóch Indian z Wikwemikong [miejscowość indiańska znajdująca się na wyspie Manitoulin Island] z listami z Soo [miasto Sault Ste Marie] do miasta Penetag.  Owi Indianie to byli Beaubien i jego zięć, Moses Ganewebi.  Złapała ich burza i z ledwością się poruszali.  W drodze powrotnej 18 grudnia Moses przybył do Killarney z miejscowości Byng Inlet z Alexandrem Proulx i Pierre’em Pilonem i opowiedział następującą historię:

„Ja i mój teść wędrowaliśmy po nowo utworzonym lodzie [po zamarzniętej zatoce], kilka mil od miejscowości Byng Inlet, zamierzając nieco dalej dostać się na brzeg.  Wiatr wzmagał się od północnego zachodu.  Zauważyliśmy, że lód szybko dryfował od brzegu.  Obaj rzuciliśmy się biegiem w kierunku brzegu, lecz lód już odpłynął kilka stóp i nie mogliśmy dostać się z powrotem na brzeg.  Wskoczyłem do wody i dopłynąłem do brzegu małej wysepki wielkości jednego akra.

Mój zięć położył na lodzie worki z pocztą, usiadł na nich i, machając do mnie rękami, na zawsze mnie pożegnał, prosząc, abym pozdrowił też jego przyjaciół w Shebwaonaning (Killarney) i Wikwemikong.  Ponieważ lód szybko się oddalał, biedny Beaubien wkrótce zniknął mi z oczu.

Ja pozostałem na wyspie przez dwa dni i dwie noce, bez jedzenia i ognia, cały czas skacząc i biegając, aby nie zamarznąć.  W końcu uformował się nowy lód i przy pomocy dwóch żerdzi, czołgałem się na rękach i kolanach do stałego lądu i dotarłem do Byng Inlet, gdzie się mną przez kilka dni dobrze zajęto, i oto tutaj jestem”.

W sierpniu 1837 r. w trakcie podróży na kanu z Sault Ste. Marie do Toronto, Anna B. Jameson przepłynęła też przez wąski kanał pomiędzy wyspą George Island a lądem stałym, na którym leży obecne miasto Killarney, i tak to opisała: 

Sketches by Anna B.
Jameson
Szkic wykonany przez Anna B. Jameson podczas pobytu na miejscu obecnego miasteczka Killarney.  Przedstawia on kanał Killarney oraz obóz Żółtej Głowy na niedalekim cyplu.  Pradwopodobnie jest to pierwszy rysunek kanału Killarney

Gdy zachodziło słońce, przybyliśmy do chaty handlarza skór, który, o ile dobrze pamiętam, nazywał się Lemorondiere. Miejsce to znajdowało się na brzegu pięknego kanału, biegnącego pomiędzy lądem stałym i dużą wyspą. Na niedalekim cyplu Wai-sow-win-de-bay (Żółta Głowa) wraz z innymi Indianami budowali wigwamy. Ten widok był niezmiernie malowniczy, szczególnie gdy rozpalono ogniska i zapadły ciemności.

Sto siedemdziesiąt pięć lat później my siedzieliśmy na brzegach tego kanału i delektowaliśmy się otaczającym pejzażem!  Następnie udaliśmy się do muzeum w Killarney (vis-à-vis poczty i obok starego trzycelowego więzienia), gdzie spędziliśmy prawie godzinę, oglądając zgromadzone artefakty, fotografie i dokumenty historyczne.  Odwiedziliśmy też cmentarz znajdujący się niedaleko muzeum, na tyłach imponującego kościoła rzymsko-katolickiego kształtem przypominającego latarnię morską.  Wiele pochowanych tam osób było potomkami założyciela Killarney i nosiło nazwisko la Morandiere (powiedziano nam, że założyciel miasta, Etienne Augustin de la Morandiere również był pochowany na tym cmentarzu, ale nie udało się nam znaleźć jego grobu; później przeczytałem, że w rzeczywistości pochowany został w miejscowości Wikwemikong na wyspie Manitoulin Island). 

Znaleźliśmy też grób Nancy Solomon Pitfield — w Killarney był mały park nazwany jej imieniem (z którego skorzystaliśmy, wodując kanu w zeszłym roku).  W parku znajdował się spory głaz, do którego umocowana była metalowa tabliczka z następującą inskrypcją:

GEORGIAN BAY NEAR PHILIP
EDWARD ISLAND AND THE FOX ISLANDS, ONTARIO, CANADA.
Kanał pomiędzy wyspą George Island i miasteczkiem Killarney

Nancy Solomon Pitfield (21 października 1885 r. — 11 sierpnia 1965 r.).  Przez prawie pół wieku „Ciocia” Nancy Pitfield była aniołem miłosierdzia w Killarney.  Tutaj urodzona, studiowała pielęgniarstwo w Winnipeg i w Montrealu, gdzie ukończyła naukę w Szpitalu Hotel Dieu.  Powróciwszy do tej odosobnionej osady, poślubiła George’a Pitfielda w 1919 r.  Często musiała radzić sobie z wieloma bardzo poważnymi wypadkami i chorobami bez pomocy lekarza, a niekiedy docierać do pacjentów na rakietach śnieżnych lub psich zaprzęgach.  Fachowo ustawiała zwichnięte biodra i kolana, odebrała 512 porodów, a raz nawet przeprowadziła operację wyrostka robaczkowego — i zawsze robiła to z uśmiechem na twarzy.  Jej poświęcenie i miłość do ludzi pozostanie zawsze w naszej pamięci.

Na wielu nagrobkach pojawiało się nazwisko Solomon i zapewne wyspa Solomon Island była nazwana na pamiątkę jednego z nich.  Według strony internetowej o historii Killarney (http://www.killarneyhistory.com/) protoplastą wszystkich Solomonów z Killarney był Ezekiel Solomon, pierwszy żydowski emigrant, który osiedlił się na terenach należących obecnie do stanu Michigan w USA.  Urodzony około 1735 r. w Berlinie, przybył w 1761 r. na wyspę Mackinac Island położoną w cieśninie łączącej dwa Wielkie Jeziora: amerykańskie Michigan i Huron, i szybko dał się poznać jako handlarz skór pozyskiwanych ze zwierząt futerkowych. 

Już w 1765 r. wraz z partnerem prowadził punkt handlowy „Solomon–Levy” w Fort Michilimackinac, będącym wówczas posterunkiem wojsk brytyjskich.  W 1779 r. wraz z grupą biznesmenów otworzył sklep wielobranżowy.  Ezekiel poślubił katoliczkę Louise Dubois, zwaną też Okimabinesikwe, i mieli sześcioro dzieci.  W czasie gdy Amerykanie i Brytyjczycy walczyli ze sobą o tereny znajdujące się w górnej części Wielkich Jezior, Ezekiel na nowo otworzył swój biznes, najpierw na wyspie St. Joseph Island, później na wyspie Drumond Island, aby uniknąć działalności pod panowaniem amerykańskim. Ezekiel zmarł około 1808 r.  Wszystkie punkty, w których prowadził swoją działalność biznesową, ostatecznie zostały przekazane Amerykanom.  W 1828 r. mieszkający na wyspie Drummond Island klan Solomonów wyemigrował do Penetanguishene, gdy przeniesiono tam garnizon brytyjski.  Wszyscy zamieszkali w Killarney potomkowie rodu Solomonów wywodzą się od Wilhelma (William, trzeci syn Ezekiela i Louise) i jego żony Agibicocona.

GEORGIAN BAY NEAR PHILIP
EDWARD ISLAND AND THE FOX ISLANDS, ONTARIO, CANADA.
Miasteczko Killarney

Udaliśmy się też do Pitfield’s, jedynego wielobranżowego sklepu w Killarney, i do hotelu Killarney Mountain Lodge (pierwotnie został on wybudowany jako miejsce wypoczynku dla bardzo bogatego właściciela firmy przewozowej i gościł wiele słynnych osobistości; jedną z nich był Jimmy Hoffa, przewodniczący związku zawodowego Teamsters). 

Kiedy czekałem na Catherine w salonie restauracyjnym, zauważyłem dość dużą (260 stron) książkę w twardej oprawie na temat historii Killarney i okolic pt. „Klejnot zatoki Georgian Bay: Historia Killarney” (Georgian Bay Jewel: The Killarney Story) autorstwa Margaret E. Derry.  Po przejrzeniu kilkunastu stron tak mnie ona zainteresowała, że przed wyjazdem Catherine kupiła mi ją w prezencie na urodziny (i nie rozczarowałem się — spędziłem wiele godzin, czytając tę fascynującą książkę i podziwiając wiele urzekających zdjęć, obrazów i szkiców, które znacznie uatrakcyjniły jej czytanie; można ją nabyć w http://www.poplarlane.net/).

Pojechaliśmy z powrotem nad rzekę Chikanishing River, wrzuciliśmy parę rzeczy do kanu i ruszyliśmy w stronę naszego biwaku — tym razem wiatr był łagodny i nie musieliśmy się przejmować pogodą!

GEORGIAN BAY NEAR PHILIP
EDWARD ISLAND AND THE FOX ISLANDS, ONTARIO, CANADA.
Plyniemy do wyspy Martins Island

Dwudziestego drugiego sierpnia 2012 r. planowaliśmy popłynąć pod wieczór do wyspy Martins Island i poszukać geocache, ale wiał zbyt silny wiatr, a nawet ta krótka podróż wymagałaby przepłynięcia kilku odcinków na otwartych wodach.  Zdecydowaliśmy się iść wcześniej spać i również wcześnie wstać, a potem od razu wyruszyć na Martins Island.


GEORGIAN BAY NEAR PHILIP
EDWARD ISLAND AND THE FOX ISLANDS, ONTARIO, CANADA.
Widok o poranku z naszego miejsca biwakowego na wyspie Jill Island

Wstaliśmy o 6:00 rano.  Było bezwietrznie, usiedliśmy na skale i, spożywając skromne śniadanie, delektowaliśmy się wschodzącym słońcem, niezmąconym niczym lustrem wody i otaczającą nas przestrzenią.  Przypomniałem sobie, jak Anna Brownell Jameson opisała pierwszy poranek po opuszczeniu Killarney, gdy na skale wraz z wioślarzami jadła śniadanie — miejsce to musiało znajdować się stosunkowo blisko naszego biwaku:


Sketches by Anna B.
Jameson
Szkic Anny B. Jameson wykonany po opuszczeniu Killarney 8 siepnia 1837 r. pt. "Kolacja"
Tego poranka spożyliśmy śniadanie na małej, wyjątkowo przepięknej wyspie, wyłaniającej się niespodziewanie z wody.  Z przodu przed nami rozciągało się otwarte jezioro i poranne niebo czyniło jego taflę niebieską, jasną i spokojną, jak też wyłaniał się wschodni kraniec wyspy Manitoolin Island, a naokoło nas, jak okiem sięgnąć, rozproszone były wysepki.  Poczucie oddalenia i przenikliwej samotności wzmagało odczucie piękna: oto była natura w pierwotnym stanie świeżości i niewinności, tak jak wyszła spod ręki swego Stwórcy i zanim ludzkość nad nią westchnęła — od razu zhańbiona i uświęcona tym kontaktem.  Nasza mała wyspa obfitowała w piękne krzewy, kwiaty, zielonkawe mchy i szkarłatne porosty.  Znalazłam małe zagłębienie, gdzie komfortowo się wykąpałam i zrobiłam toaletę.  Kiedy wróciłam, na odłamku skały czekało już na mnie śniadanie; moje siedzenie, wraz z poduszką i płaszczem ładnie ułożone, a na tym wszystkim położony bukiet kwiatów.  To była niezawodna „galanterie”, której doznawałam czasem od jednego, czasem od drugiego z moich licznych „cavaliers”.

Kto wie, może na tej opisanej przez autorkę wysepce właśnie biwakowaliśmy?

Przed godziną 7:00 rano byliśmy na wodzie i rozpoczęliśmy wiosłowanie ku wyspie Lowe Island, oddalonej o 10 minut od naszego biwaku.  Na tej wyspie, jak też na sąsiedniej, na południowy zachód od niej, stało parę domków.  Próbowaliśmy przepłynąć kanał pomiędzy wyspami, ale był zbyt płytki, toteż udaliśmy się wokoło mniejszej wysepki i wpłynęliśmy do kanału z innego kierunku.  Spostrzegłem spore żeremie bobrowe, a w pobliżu leniwie pływającego bobra.  Budynek na wyspie Lowe Island przypominał mały ośrodek, ale był w tym czasie niezamieszkały.  Być może był to prywatny klub wędkarsko-myśliwski do użytku przyjeżdżających tu członków.


GEORGIAN BAY NEAR PHILIP
EDWARD ISLAND AND THE FOX ISLANDS, ONTARIO, CANADA.
Wyspa Martins Island, jedna z wysp Fox Islands (Wysp Lisów/Lisich)

Następnie powiosłowaliśmy do wyspy East Fox Island, a potem ku wyspie Martins Island.  W ubiegłym roku, spędziwszy dwie noce na biwaku na wyspie Solomon Island z powodu wietrznej pogody, rano wreszcie popłynęliśmy na wyspę West Fox Island.  Obraliśmy wówczas prawie taką samą trasę, jaką płynęliśmy dzisiaj.  Trudno opisać piękno tych małych, okrągłych wysepek, wystających z wody, jak gdyby zostały wypchnięte przez wulkaniczne eksplozje, wypolerowanych i gładkich, przypominających zjeżdżalnie.  Na wyspie Martins Island tu i tam zobaczyliśmy biwakujących wodniaków.  Wpłynęliśmy do dużej zatoki na wschodnim krańcu wyspy.  Wzdłuż brzegu znajdowało się wiele kamieni i skał i było bardzo ślisko, musieliśmy więc bardzo uważać, wychodząc z kanu i wciągając je na ląd.

Gdy kanu zostało zabezpieczone (dawniej, gdy go nie przywiązywaliśmy, dwa razy nam odpłynęło!), weszliśmy stromym, ale krótkim zboczem na miejsce, gdzie miała się znajdować geocache.  Rozciągał się stamtąd przepiękny widok — widzieliśmy wyspę West Fox Island i miejsce, gdzie rok temu biwakowaliśmy, jak też wyspę Green Island i wiele innych skalistych wysepek.  Geocache o nazwie The Spider Tree (Drzewo Pajęcze) miała znajdować się (według współrzędnych odbiornika GPS) tam gdzie sosna, której gałęzie rzeczywiście przypominały odnóża pająka.

Dookoła sosny było mnóstwo pęknięć i szczelin, toteż sądziłem, że geocache była w nich umieszczona.  Ponieważ niedaleko znajdował się biwak, nie chcieliśmy się za bardzo do niego zbliżać i przeszkadzać odpoczywającym tam kajakarzom — niewątpliwie zastanawiali się, po co tam przyszliśmy!  W każdym razie spędziliśmy ponad godzinę, przeszukując każdy zakamarek, szczelinę, pęknięcie i rysę wokoło drzewa, ale bez skutku.

Ba, nawet dokładnie zbadaliśmy to drzewo i zakamarki znajdujące się koło przyległych drzew, ale nie natknęliśmy się na nic, co przypominałoby geocache.  Niestety, zapomniałem zabrać ze sobą wydruk z opisem geocache (który dawał wskazówkę „biała sosna”), ale nie przypuszczam, aby to mi coś pomogło — przecież szukałem na obszarze w promieniu 5–10 metrów od współrzędnych GPS.  W końcu opuściliśmy to miejsce z pustymi rękami, nie znalazłszy niczego, lecz absolutnie warto było zrobić ten poranny wypad!  Zeszliśmy do kanu i powiosłowaliśmy dookoła wyspy Martins Island.  Zatrzymaliśmy się na moment w dobrym miejscu na biwak (Catherine odwiedziła je już rok temu), a następnie wróciliśmy na nasz biwak.

GEORGIAN BAY NEAR PHILIP
EDWARD ISLAND AND THE FOX ISLANDS, ONTARIO, CANADA.
Wypoczynek na naszym biwaku na wyspie Jill Island... jak w raju!

Zdecydowaliśmy spakować się jeszcze tego samego dnia i po południu popłynąć do miejsca biwakowego znajdującego się na wyspie Philip Edward Island, naprzeciwko ujścia rzeki Chikanishing River — tego samego, na którym spędziliśmy jedną noc dwa lata temu.  O 5:00 po południu opuściliśmy to urocze miejsce i już o 6:30 przypłynęliśmy na nowe.  Poziom wody był znacznie niższy z wody wystawały dwie duże skały, które dwa lata temu całkowicie przykrywała woda.  Byłem niezmiernie rozczarowany, gdy zobaczyłem zrobione z kamieni wielkie palenisko, a w środku mnóstwo śmieci, rozbitych butelek po piwie i innych odpadków.

Ponieważ trudno było go używać, parę metrów dalej zbudowano nowe palenisko — pewnie było to łatwiejsze zadanie niż oczyszczenie tego zaśmieconego.  Jednak w tym nowym ognisku też już leżało sporo rozbitego szkła, które uważnie usunąłem. 

Przypomniał mi się jeden z odcinków serialu The Simpsons pod tytułem Trash of the Titans, w którym Homer Simpson został komisarzem odpowiedzialnym za oczyszczanie miasta Springfield.  Oczywiście nie trzeba było długo czekać na katastrofalne rezultaty jego zarządzania — po krótkim czasie miasto tonęło w śmieciach.  Ponieważ nikt nie kwapił się do uprzątnięcia tego bałaganu, burmistrz miasta postanowił przenieść całe miasto w nowe miejsce, kilka mil dalej.  Lisa Simpson proroczo przewidziała, że gdy tylko Springfield zostanie przeniesione, jego mieszkańcy zaczną je od nowa zaśmiecać.

GEORGIAN BAY NEAR PHILIP
EDWARD ISLAND AND THE FOX ISLANDS, ONTARIO, CANADA.
Ostatni biwak na wyspie Philip Edward Island.  W tym samym miejscu biwakowaliśmy w ostatnią noc naszej podróży dookoła wyspy Philip Edward Island w sierpniu 2010 roku

Szybciutko ustawiłem mały namiot, umieściłem w nim materace i śpiwory i wskoczyliśmy do kanu, popłynęliśmy do samochodu i pojechaliśmy do miasteczka Killarney. 

Zafundowaliśmy sobie porcję ryb i frytek, a ja zamówiłem 2 funty wędzonej ryby, którą miałem odebrać następnego dnia.  Rozmawiałem z bratem właściciela restauracji, który powiedział mi, że rybacy muszą kupować specjalne quotas (kontyngenty), pozwalające im na złowienie określonej ilości ryb w roku — zapewnił mnie też, że właściciel restauracji (który jako jedyny zajmował się w Killarney rybołówstwem — aż się nie chce wierzyć, bo dawniej stanowiło ono podstawę lokalnej ekonomii) posiada dużo quotas i w restauracji nie powinno zabraknąć ryb! 

Najczęściej rybacy łowili White Fish (ryba o białym mięsie), ale w sieci dostawały się też szczupaki, a nawet  jesiotry — szczupaki były wypuszczane, a połów jesiotrów, nawet przez wędkarzy, został kompletnie zakazany w Ontario parę lat temu i oczywiście one też musiały być wypuszczane (chociaż nie znam nikogo, kto kiedykolwiek złowił lub próbował złowić jesiotra).  Notabene, wędkowanie na jesiotra było niezmiernie popularne w Ontario w XIX w. i na początku XX w., niektóre okazy osiągały kilka metrów i ważyły setki kilogramów.  Według kilku świadków jeszcze nie tak dawno w parku Bon Echo w jeziorze Lake Mazinaw widziano „Potwora Jeziora Mazinaw”.  Niektórzy biolodzy uważają, że być może świadkom się nie przewidziało — jezioro Mazinaw Lake jest jednym z najgłębszych w Ontario (ok. 180 metrów głębokości) i możliwe, że uchował się w nim ogromny jesiotr.

GEORGIAN BAY NEAR PHILIP
EDWARD ISLAND AND THE FOX ISLANDS, ONTARIO, CANADA.
Zaplecze słynnego sklepu i restauracji Herbert Fisherine w Killarney
Gdy dwa dni temu byłem w Killarney, widziałem kilka korpulentnych wydr baraszkujących koło łodzi rybackiej — były trochę oswojone (ale nadal dzikie — wystarczyło spojrzeć na ich potężne i ostre zęby, aby czuć dla nich respekt) i pewnie żywiły się rybimi odpadami!  Tym razem łódź rybacka, zacumowana z tyłu restauracji, była już wyczyszczona, pusta i gotowa do porannego rejsu następnego dnia.

Była już godzina 8:00 wieczorem i sklepy w Killarney zamykano.  Przeszliśmy się główną ulicą i pojeździliśmy samochodem po bocznych uliczkach.  Większość biznesów w zimie nie była otwarta, a ich właściciele wyjeżdżali do większych miast kanadyjskich lub do południowych, cieplejszych stanów w USA, jak to co roku czynią setki tysięcy Kanadyjczyków, tzw. snow birds.

GEORGIAN BAY NEAR PHILIP
EDWARD ISLAND AND THE FOX ISLANDS, ONTARIO, CANADA.
Noc na wyspie Jill Island

Gdy dotarliśmy na parking, zapadły już ciemności i dookoła nikogo nie było.  Kiedy przy świetle latarek ładowaliśmy kanu, usłyszeliśmy hałas silnika, a po chwili z ciemności wyłoniła się motorówka, powoli płynąca po rzece i zbliżająca się do doku.  Ani łódź, ani żaden z jej pasażerów widocznie nie posiadał latarki (???) i gdy w ciemności wyciągali łódkę z wody i mocowali do przyczepy samochodowej, mieli wiele problemów. 

Po zaparkowaniu samochodu wsiedliśmy do kanu — była godzina 21:15 i panowały kompletne ciemności, ale (na szczęście) nie wiał wiatr.  Nie słyszeliśmy ani nie widzieliśmy żadnych innych świateł łodzi, jedynie w oddali zapalały się i gasły w regularnych odstępach światła nawigacyjne.  Niemniej jednak założyliśmy zapalone headlights (latarki czołowe) i wiosłowaliśmy do naszego biwaku.  Czasami spoglądałem na odbiornik GPS, aby upewnić się, że płyniemy we właściwym kierunku.  Na ogół zostawiamy na biwaku migającą latarkę, która bardzo pomaga nam w nocy znaleźć drogę.  W końcu dotarliśmy na biwak, ale przedtem kanu lekko uderzyło w jedną z tych dwóch wystających z wody skał!  Szybciutko rozpaliłem ognisko i upiekliśmy na grillu kilka doskonałych kiełbasek kupionych poprzedniego dnia w sklepie Pitfield’s.  Była to nasza ostatnia noc w tej okolicy i z przyjemnością siedzieliśmy przy ognisku do późna w nocy.


GEORGIAN BAY NEAR PHILIP
EDWARD ISLAND AND THE FOX ISLANDS, ONTARIO, CANADA.
Takie obręcze, jak na naszym ostatnim biwaku na Philip Edward Island, spotyka się często -- służyły one tartakom do spławiania drzewa ponad sto lat temu oraz do cumowania łodzi

 Następnego dnia wstaliśmy późnym rankiem, a ponieważ większość naszych rzeczy była już załadowana do samochodu, nie było dużo do pakowania.  Wypłynęliśmy po południu i jeszcze trochę popływaliśmy wzdłuż przeciwległego brzegu, gdzie znajdował się szlak pieszy Chikanishing Trail.  Catherine wielokrotnie chciała go zaliczyć, ale nigdy nie miała na to czasu.  Na parkingu było sporo ludzi, spuszczali lub wyciągali łodzie. 

Włożywszy wszystkie nasze rzeczy do samochodu (co nigdy nie jest prostym zadaniem — z jakichś niewyjaśnionych przyczyn zawsze wydaje mi się, że wracamy z większym bagażem), pojechaliśmy do miasteczka Killarney.  Odebrałem wędzone ryby z Herbert Fisheries, a Catherine kupiła porcję frytek i zimne piwo; siedząc na doku restauracji, w drewnianych fotelach typu Adirondac, po raz ostatni patrzyliśmy na kanał Killarney i przepływające nim łodzie.  W drodze powrotnej wpadliśmy jeszcze do parku Killarney, wykąpaliśmy się pod prysznicem i założyłem na siebie czyste ubranie, a Catherine jeszcze kupiła mi książkę o Killarney: Georgian Bay Jewel: The Killarney Story i napisała w niej miłą dedykację z okazji moich 50. urodzin.

GEORGIAN BAY NEAR PHILIP
EDWARD ISLAND AND THE FOX ISLANDS, ONTARIO, CANADA.
Przy nowej mapie terenów rzeki French River koło restauracji The Hungry Bear przy drodze nr. 69

Zatrzymaliśmy się (ponownie!) w restauracji The Hungry Bear, gdzie spotkaliśmy Hungry Bear i jego kolegę, Bluberry Hound (tzn. pracowników restauracji przebranych za niedźwiadka i pieska).  Posiliłem się miską świetnej zupy oraz wypiłem kawę.  Wdepnęliśmy na chwilę do sąsiedniego sklepu – The Trading Post — istotnie, niektóre rzeczy, jakie posiadał na składzie, były niezmiernie oryginalne (np. kubki, talerze i krawaty z rysunkami indiańskiego artysty Benjamina Chee Chee, rzeźby, koszulki z unikalnymi wzorami, książki, filmy wideo), ale moim zdaniem, były za drogie i nic nie kupiliśmy. 

Do Toronto jechało się dobrze — w pewnym momencie zobaczyliśmy na drodze bardzo stary autobus (który powinien znajdować się w muzeum), wlokący się z szybkością ok. 20 km/h drogą, gdzie maksymalna szybkość to 90 km/h.  Niektórzy kierowcy musieli ostro hamować, aby się z nim nie zderzyć.  Kiedy dojeżdżaliśmy do Toronto autostradą nr 400, tuż przed zjazdem na drogę King Road utworzył się korek z powodu prac drogowych.  Zauważyłem samochód ciągnący łódź z dużym silnikiem.  Powoli wyprzedził mnie z lewej strony i przez jakiś czas patrzyłem na tył łodzi, jako że znajdował się przede mną.  Parę minut później, gdy wszystkie samochody zwalniały z powodu korka, ktoś nie był w stanie wyhamować i uderzył w tył przyczepy, na której była łódź.  Nie wiem, czy łódka lub silnik zostały uszkodzone, ale zobaczyłem kilka osób wysiadających z samochodów i stojących koło nich.  Ponieważ wypadek zdarzył się w miejscu, gdzie rozpoczynał się pas zjazdowy na drogę King Road, zdecydowałem się pojechać tym zjazdem, a potem drogą King Street. W końcu dojechaliśmy do domu.


GEORGIAN BAY NEAR PHILIP
EDWARD ISLAND AND THE FOX ISLANDS, ONTARIO, CANADA.
Na parkingu restauracji The Hungry Bear i French River Trading Post

Była to jedna z naszych najdłuższych wypraw, składająca się z dwóch oddzielnych wycieczek, po jednym z najpiękniejszych obszarów Ontario.  Z pewnością powrócimy w te okolice w niedalekiej przyszłości! 


GEORGIAN BAY NEAR PHILIP
EDWARD ISLAND AND THE FOX ISLANDS, ONTARIO, CANADA.
Gotowi do rozpoczęcia drugiej części podróży -- Chikanishing River